Dzisiaj kij w dupę bo będzie poważnie. A dla garbatych - pajączek na plecy.
Najpierw nie chciałam o tym mówić. Potem chciałam, ale widziałam ogólną niekumatość i przestałam chcieć. Do tego przez cały ten czas czy chciałam czy nie, pewne osoby zabraniały mi o tym mówić, w obawie, że ucierpi moja reputacja.
A teraz dostaję kurwicy zauważając że nikt o tym nie mówi, do tego stopnia, że mnie nosi. I mam już gdzieś moją reputację i to, że ludzie nie rozumieją tematu, bo to znaczy, że oni są dupkami i nie jest to mój problem.
Krótko i do sedna.
Chorowałam na depresję. Leczyłam się psychotropami, chodziłam na terapię, miałam remisję. Zawaliłąm rok w liceum, potem straciłam pracę, która lubiłam. Straciłam jakieś 3 lata normalnego życia.
Tak, miałam myśli samobójcze. Tak, leżałam w łóżku całymi dniami. Tak, nie mogłam spać i tak, brałam leki nasenne. Tak, tak, tak. I tak, nikt tego nie potrafił zrozumieć od moich znajomych, poprzez nauczycieli, moich rodziców, psa i na mnie kończąc. I przestałam oczekiwać zrozumienia od kogokolwiek, kto tego nie przeszedł.
Zatrzymaj się i wyobraź sobie, że masz grypę (albo zapalenie ucha, gorączkę tropikalną, połamane nogi i ręce, albo zawał, czy co tam chcesz mieć). Dzwonisz do szefa, że bierzesz chorobowe. A potem ci się pogarsza i jedyne na co masz siłę to leżenie i gapienie się w sufit. Nie chcesz pić, ani jeść. Nie chcesz się umyć. Autentycznie ci to wisi. Nie wiesz, czy chcesz umrzeć, czy chcesz, żeby to minęło. Nie ma cię tydzień, dwa. Nie tylko w pracy, ciebie w ogóle NIE MA. A kiedy opanujesz swoje lęki przed powrotem do normalności, wypijesz ze dwie melisy, żeby zwalczyć dygotanie i ból żołądka i dasz radę dowlec się do pracy usłyszysz że co ty sobie wyobrażasz, okropny symulancie, jesteś leniem i nie chce ci się wstać rano do pracy, a tak w ogóle pogarszasz statystyki i zaraz, już za chwileczkę, za momencik to wyrzucimy cię stąd na zbity pysk, ale dobra, jesteśmy tacy otwarci, współczujący i zajebiści, damy ci szansę. I tak w kółko. Półtora roku. Aż odejdziesz sam.
Jeśli masz bogatą wyobraźnię, to gratuluję, zbliżyłeś się do moich doznań o jakieś 5%.
A teraz historia w kilku aktach
Akt I "Czarna owieczka"
Nie wiem, czy ze mną było coś nie tak, czy to tylko przypadkowe wpadnięcie do studni w której jest ciemno jak w dupie, ale szkoła była dla mnie pasmem udręk. Nadal jestem gapowata (gdzie na Boga są te moje nowe okulary?) i jakoś mnie to nie boli. Nadal jestem źle nastawiona do gier zespołowych (dzięki za faceta, który nie ogląda meczów!). I nienawidzę całym sercem WFu, mimo że już go nie mam w planie od mega dawna. Każda klasa ma kozłą ofiarnego, prawda? To jest ZUPEŁNIE NORMALNE. To, że "koledzy" z klasy ci ubliżają - normalne. To, że zawsze wybierają cię na końcu do drużyny - normalne. To, że ktoś rzuca za tobą świńskie teksty na ulicy. Zabieranie plecaka, piórnika, niszczenie rzeczy. Głupie uśmieszki i wredne spojrzenia. Traktowanie jak opóźnionej w rozwoju. Ignorowanie, gdy coś mówisz. Wszystko jest normalne, prawda?
Żałuję w życiu trzech rzeczy: że tak późno zaczęłam jeździć konno, nie poszłam do szkoły muzycznej i że byłam nad wyraz spokojnym i nieśmiałym dzieckiem i nie spuściłam tym wszystkim dupkom sowitego wpierdolu po lekcjach. Gdybym się teraz cofnęła do podstawówki, na pewno skończyłabym w zakładzie poprawczym.
Akt II Nieobecna
Przestałam bywać. Na lekcjach rzecz jasna, jakoś pod koniec gimnazjum. Mówiłam, nikt nie słuchał. Miałam zaległości, moje zaległości były powodem moich kolejnych nieobecności, kółko graniaste. Jakoś dociągnęłam to gimnazjum, poszłam na bal, zdałam testy. Będąc zdrową "na umyśle".
Akt III Nie idę, bo nie umiem!
Moja nauczycielka od matematyki z podstawówki powiedziała kiedyś, że matematyka jest jak łańcuszek, jak się gdzieś przerwie ogniwo i czegoś się nie rozumie, to łańcuszka już nie ma. I moja całą nauka byłą takim łańcuszkiem. I jakoś wtedy zaczęły się moje lęki. Wszystko się nakładało i rosło jak góra, bo bałam się swojego własnego lęku. Sprawdzianów, klasówek, tego, że nie daję rady. Cóż, wiedziałam, że nie daję rady, ale po napisaniu testu wszyscy będą wiedzieć, a po co mają wiedzieć? Byłam nieklasyfikowana z tylu przedmiotów, że po zdaniu tych pieprzonych egzaminów chyba zostałam legendą szkoły(oby nie!). Ale to było później...
Akt IV "Ale my nic nie zauważyliśmy!"
Cytat pamiętny mojej ukochanej (tfu, na psa urok!) wychowawczyni. No nie zauważyli mojej depresji, bo nie mieli jej zauważać. Moja Matula powiedziała wtedy pani S., żeby z nami zamieszkała, wtedy zauważy, bo jak się pojawiam w szkole, to znaczy, że mam lepszy dzień.
Akt V Idź stąd
Zaniżałam statystyki frekwencyjne klasy. Nauczyciele musieli mi wyznaczać dodatkowe terminy zaliczeń. Robić dodatkowe rady. Przyjeżdżać do mnie na nauczanie indywidualne. Pisać tony papierków. No i straszyć mnie tym, że mnie wyrzucą.
A ja miałam to w dupie i symuluję chorobę, po to, żeby nie chodzić do szkoły. Poza tym nakręcam i oszukuję własną matkę, która musi latać do szkoły i przynosić zaświadczenia od lekarza i psychologa (autentyczne streszczenie tego, co usłyszałam od nauczycielki).
Okropna ze mnie niewdzięcznica, co? Poza tym nadal 90% personelu szkoły nie wie, czym jest depresja, nie dociera także do nich że jestem tak samo chora, jak ktoś, kto ma wieńcówkę. Wszyscy są zmęczeni, łącznie z moją terapeutką, która musi pisać im kilkustronicowe informacje o moim stanie zdrowia (po godzinach!). Z których oni i tak nic nie wynoszą.
Akt VI Ostatnia próba
Zawaliłam trzecią klasę i byłam zdeterminowana zrobić im na złość i podejść do tej matury choćby za dwa lata. Nadal nie rozumieją. Nie należy mi się nauczanie indywidualne, nie należy mi się nic, ale ja muszę wszystko. Co obejmuje także chodzenie do szkoły z gorączką, kaszlem i katarem i L4 od lekarza, którego lekarz nie może wypisać na rzecz szkoły.
Doszłam do wniosku, że...
Akt VII Oni są bardziej chorzy niż ja!
Pękłam, machnęłam ręką na moje wymarzone liceum i przeniosłam się obok, na zaoczne. Zdałąm maturę, całkiem przyzwoicie. Żyję i mam się dobrze, ale...
Akt VIII Stęskniłaś się za mną?
Moja przyjaciółka wróciła, kiedy próbowałam pogodzić pracę i studia, z marnym efektem. Wróciłam do leków, wróciłam do domu. Po krótkim czasie odstawiłam tabletki na rzecz jebitnie słodkiej, czarnej kawy na SORze. Zapomniałam, że mi cokolwiek było, a potem poznałam Pawła. (dupne zakończenie, wiem...)
Nie znaczy to, że jestem teraz szczęśliwym człowiekiem, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Utkwiłam w punkcie w którym zastąpiłam moje stracone lata plamą po gorzkim winie. Spaliłam dokumentację. Tylko czasami pojawia się jakiś cień, który idzie za mną i szepce że wszyscy dookoła mnie nienawidzą i jestem irytująca dla innych ludzi. Wiec sorry, jeśli chcesz mnie polubić to i tak do mnie to nie dociera. Czasami czuję się, jakbym miała gdzieś na ciele tatuaż, którego nienawidzę i którego wstydzę się pokazywać. Kod F41.2 wymazany gdzieś grubą kreską.
Przykre jest to, jakie stereotypy krążą na temat zaburzeń depresyjnych i zaburzeń psychicznych w ogóle, nawet w środowiskach pedagogicznych i medycznych. Nie wiem, co może myśleć zdrowy człowiek na ten temat, bo moje myślenie jest diametralnie inne. Ale spotykając się z opinią, że komuś przewraca się w dupie z nudów i ma się wziąć do pracy, zbieram swój opadły biust z podłogi. Serio. Lecząc zaburzenie psychiczne pracą to tak, jak leczyć ból głowy waleniem nią o ścianę. Niby coś robisz, bo ktoś ci każe, ale nie chcesz tego robić, bo jest jeszcze gorzej. Depresja nie bierze się z nudów, złego otoczenia, picia (no ok, z picia czasami może, ale to już inny temat), palenia, ateizmu, księżyca.W powstawaniu tego typu zaburzeń biorą udział procesy metaboliczne (laicy - Wiki wita!), zaburzone jest przewodzenie impulsów nerwowych w ludzkim mózgu. I na to nie pomaga herbata i zabranie się za naukę (sorry Mamo). Czujesz się jak zbędny element całego popieprzonego świata. Nie umiesz wstać rano, nie umiesz myśleć (ja miałam straszne zaburzenia koncentracji). Nie chce ci się chcieć czegokolwiek. Mógłbyś wygrać milion, albo nawet kilka i tak by cię to nie uradowało. Byłam zmęczona tłumaczeniem wszystkim dookoła, co się ze mną dzieje (mieli miny, jakbym im tłumaczyła budowę statku kosmicznego), bo i tak wszystko, co robiłam, robiłam specjalnie, bo jestem leniem. Co dziwne, nie dałam nikomu wpierdolu, nawet kiedy panienka z klasy zrobiła publiczny wiec, bo "mam specjalne względy u nauczycieli" (do wiadomości - podobno odbyła się jakaś pogadanka na mój temat na lekcji wychowawczej, kiedy ja sprawdzałam w internecie dawki toksyczne leków, które miałam w domu, więc "zostali oświeceni").
No nie, nie wiem skąd to się wzięło. I nie, nie wiem czy wróci.
Ale tak wygląda moja historia, jak myślę - od początku. I może komuś to się przyda. Może komuś uświadomi, jak krzywdzący jest polski system edukacji, szczególnie w szkołach z "dobrą" opinią, które dbają o statystyki. Może...
Apeluję do rodziców - zwracajcie uwagę na to, co mówi Wam Wasze dziecko. I na Boga i wszystkich świętych, reagujcie na takie sytuacje! Robienie z kogoś kozła ofiarnego bez powodu naprawdę nie jest normalne i wasze dziecko NIE PORADZI sobie z tym samo (chyba że tak dobrze zna sztuki walki i zacznie siać postrach). A i czasami rozmowa z wychowawcą nie pomaga. Ja straciłam zaufanie do ludzi, przez jakiś czas miałam fobię społeczną i poproszenie pani sklepowej o chleb krojony mnie przerastało, już nie przypominam o zaległościach (matematyka i chemia nadal mnie nienawidzą) i słabej kondycji fizycznej. Mój koszmar ciągnął się przez 8 lat, a 8 lat czucia się gorszą, tylko dlatego, że jestem sobą to o 8 lat za dużo.
Jakże mogę podsumować?
Jak tylko zobaczę i usłyszę, że ktoś wygłasza swoją pieprzoną opinię o chorobie, której nie przechodził i nie ma o niej pojęcia i będzie komuś proponować terapię typu wzięcie się w garść, to przysięgam, dostanie wpierdol.
P.S. Teraz to wyjdzie, że jestem niezrównoważona i agresywna. Pakuję się do tego psychiatryka, co mi tam.
P.S 2. Jak zobaczę że nikt nie reaguje na to, że dziecku się dzieje krzywda w klasie, to też wszyscy ignoranci mają wpierdol.
P. S 3. Ogółem to źli ludzie mają wpierdol.
P. S 4. Kupię mieszkanie na V os. w dobrym stanie. Jak ktoś coś, to dać cynka. Tylko poważne oferty!
czwartek, 31 sierpnia 2017
poniedziałek, 10 lipca 2017
o33. O piniondzach, fundacjach, z lekkim zabarwieniem końskim i żulerskim.
Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. I nie chodzi mi o to, że dzieci bawią się fidget spinnerami, panowie noszą rurki, a kobiety prowadzą tiry. Nie, chodzi mi raczej o to, że ktoś ciągle od nas czegoś chce. I nie mam tu na myśli marudnego szefa, tudzież męża, mamy, czy kogo chcecie. Chodzi o wszelkiego rodzaju organizacje, fundacje, projekty, pierdoły. Plus księdza (ja wiem, że ja nie muszę dawać na tę tacę, ale jak on mi tak podstawia pod nos, to mi głupio, nie?).
Będę się trochę odwoływać do historii, która niedawno wyszła na jaw, mianowicie: LINK
Niezłe jaja.
Wiecie, kiedy dostaję apopleksji? Kiedy widzę te reklamy w telewizji, gdzie w standardowym schemacie pokazuje się chore dziecko i rodziców. Tyle na operację, dziecko chore na to i to, takie siakie. Po pierwsze to ja w sumie rozumiem sytuację, ale to jest dziecko i do tego często upośledzone umysłowo, którego wizerunek wykorzystuje się w mediach. Które często nie jest świadome tego, co się wkoło niego wyprawia. Średnio gut. Plus druga sprawa: to trochę perfidny "marketing" i granie na ludzkich emocjach, nawet jeśli w dobrym celu. Ja tam się czuję zaszczuta i wkurzona (no jak można przerywać Titanica takimi reklamami w kulminacyjnym momencie!). Trzecia sprawa jest taka, że ja się nigdy nie dowiem, na co poszły moje pieniądze. Nikt mi nie wyśle faktury za operację w USA, wózek, rehabilitację, leki. Nikt mi nie potwierdzi, nawet jeśli wpłacę tysiąc czy nawet milion. To tak, jak z pięćset plus, równie dobrze można przepić.
Powiecie: jakbyś była w takiej sytuacji, to też byś żebrała o pieniądze. No możliwe, ale kurdesz, nie w taki sposób. Pls.
Analogiczna sytuacja? Ratujmy rysie, pysie, konie, misie. WWFy i te inne Grinpisy. Być może te fundacje są uczciwe i robią różne dobre rzeczy. Okej. Ale jakby się nad tym zastanowić: czy wykupienie pięciu koni od handlarza zatrzyma proceder? Handlarze będzie zadowolony, przyjechała fundacja po konia, można było wyciągnąć więcej kasy. Skutek odwrotny do zamierzonego, żeby nie powiedzieć chu...owy. No.
Chociaż ostatnio niebo się rozstąpiło i spłynęła na nas łaska jakiegoś niewiadomego pochodzenia i Centaurus wygrał walkę o targi w Skaryszewie. Co z tego jednak, skoro zadziała to tak samo, jak zamknięcie sklepów z dopalaczami?
Dosyć o koniach.
Może i jestem okropna, że nie dzielę się tak pięknie i bezinteresownie swoimi pieniążkami. Okrutna, zła i podła. Trudno. Może pieniądz szczęścia nie daje, ale szanować go trzeba, bo ciężką pracą zdobyty. Swoją drogą co jest chore w tym wszystkim to to, że nasze kochane Państwo zmusza tych ludzi do żebrania. A przecież nie jest moją winą, że tak to u nas funkcjonuje, więc dlaczego ma na tym cierpieć mój portfel? Ja chętnie pomogę, siłą własnych mięśni jako wolontariusz, podzielę się żarciem, ba, kawką nawet się podzielę i szklankę wody podam. Ale moich milionów monet nawet na oczy nie zobaczycie. (swoją drogą, znana sytuacja: "Panie dej, nie mam co jeść", ale jak dasz kanapkę, to aż go wykręca z oburzenia, bo przecież kasa potrzebna, na piwo brakuje!). Powiecie, wszystko dobrowolne. No tak, ale jakie oburzenie jak dobrowolnie nie sięgnę do portfela?! (dobra, ej, raz rzuciłam monetę chłopakowi z gitarą na Woodstocku, ale on mi za to ułożył piosenkę, to była opłata za usługę!).
I co poradzisz, nic nie poradzisz. Dalej Polak będzie mataczył i oszukiwał, bo go tego życie nauczyło. I żebrał z przymusu, bo tego też go nauczyli.
wtorek, 27 czerwca 2017
o32. O życiu ludzkim i zwierzęcym, śmierci i marności (przy okazji o jedzeniu i pisaniu).
Miałam w miarę normalny dzień, do momentu w którym nażarłam się pianek i popiłam je mrożonym cappucino. Zemdliło mnie od nadmiaru słodkości, potem obejrzałam Instagrama, zemdliło mnie jeszcze bardziej i nagle mnie naszło na pisanie. Jakoś tak to było.
Ostatnio jedyne momenty kiedy używam długopisu są wtedy, kiedy uzupełniam kalendarz. Nawet krzyżówek nie tykam, a temat grubych zeszytów z moimi wypocinami z szuflady omijam z daleka, bo nie mam sumienia ich wyrzucić.
Tak, jakbym zapomniała, że kiedykolwiek coś pisałam i to nie tylko na własny użytek.
W czeluściach dysku Googla krążą samopas jakieś szczątki czegoś, co miało kiedyś mieć szansę na wydanie, moje pióra wyschły na wiór, a atrament wylał się już dawno, brudząc mnie i moje ulubione pudełko na pierdoły.
Nie ważne. Nie o tym chciałam pisać.
Naszło mnie na romansidła, prawdopodobnie ze względu na moją własną sytuację sercową. Zakupiłam sobie podczas mojej ostatniej eskapady do Empiku (przy akompaniamencie szeptów mojego przyszłego męża typu "nie kochanie, idziemy dalej, nie ma nic ciekawego") "Zanim się pojawiłeś" i pochłaniam ją z lubością przy akompaniamencie mlaskania i ciamkania (od dziecka żrę i piję przy książkach, niestety). Ale dzisiaj mnie naszło na refleksję. W skrócie: bardzo infantylna historia dziewczyny która zostaje opiekunką chłopaka z tetraplegią (sorry, niewtajemniczeni, macie Wikipedię) i próbuje go przekonać, żeby nie chciał włąsnej eutanazji. Przez połowę tej cholernej książki, w którą się tak bardzo wczułam myślałam jakie to straszne, że on nie chce żyć i w ogóle dlaczego on nie chce żyć, ona się tak dla niego stara, bla bla. No i co, to tylko książka, ale zastanawiając się nad tym nieco poważniej niż tylko na poziomie fikcji, przypomniałam sobie, co ja kiedyś powiedziałam, kiedy ktoś mnie spytał, co ja bym zrobiła gdybym wylądowała na wózku.
No tak, jestem hipokrytką.
Jak łatwo jest osądzać, jak łatwo patrzeć na czyjeś wybory, kiedy to nie dotyczy bezpośrednio nas? Czy w ogóle mamy prawo komentować czyjeś decyzje począwszy od wyboru papieru toaletowego, na samobójstwie kończąc (pod warunkiem, że ktoś naprawdę chciał sobie odebrać życie, a nie pozacinał się żyletką w poprzek, bo rodzice nie kupili mi tabletu).
To jest to, czego nienawidzę u ludzi. W tym u siebie, bo mi się zdarza.
Choćby ostatnio, miesiąc temu, kiedy rodzice oświadczyli, że jadą uśpić Dżekiego. No co wy, przecież nie jest chyba tak źle, nie widać po nim, że się męczy, może jeszcze kilka tygodni... Wkurzałam się, kiedy mówili, że śmierdzi (bo faktycznie śmierdział przez to, że guz którego miał ciągle się sączył), że oni już nie mogą z nim wytrzymać. Jak to nie mogą wytrzymać? To jest członek rodziny, a nie odświeżacz powietrza, który można sobie wymienić. Nowy pies? Żadnego psa, oni sobie zrobią remont i będą w końcu mieli czyste mieszkanie. Chodziłam zła, rozżalona i kompletnie niepogodzona. Z nimi, życiem, Bogiem i czym tam jeszcze. Przecież nadal tak bardzo się cieszył, że mnie widzi (to nic, że zdarzyło mu się posiusiać dywan), chętnie chodził na spacery (coraz trudniej było mu wejść na parter z powrotem), przynosił piłkę (po którą biegł dwa razy i ciężko kładł się zmęczony na dywanie), biegał z kijkami na dworze (co chwila się potykając). Dopiero kiedy było po wszystkim uznałam, że nie widziałam niczego, bo nie chciałam widzieć. Że coraz bardziej utyka, traci apetyt, ciężko mu się podnieść rano. I że naprawdę źle pachnie. Że ma już 14 lat i najwyraźniej przyszła na niego pora. Miałam na oczach klapki utkane z przywiązania i miłości do niego, po prostu. Rozpaczliwie próbując go zatrzymać na siłę pogarszałam swoją własną sytuację. Nie pożegnałam się. Uznałam, że nie chcę, żeby zlizywał mi łzy z policzków (robił to odkąd pierwszy raz w podstawówce dostałam jedynkę i poryczałam się, siedząc po turecku na dywanie). Podobno nie szarpał się, ani nie wyglądał na przestraszonego i sam wszedł do gabinetu (mam nadzieję, że to nie wymysł mojej Mamy, żebym poczuła się lepiej)."Nie płącz, on nie lubił, jak się było smutnym". Ryczałam, jakby mi wymordowali pół rodziny. Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że tylko Mama się cieszy, że przyszłam na kawę (ale za to mają nowe wykładziny i pomalowali mój dawny pokój i wstawili nowe drzwi do kuchni i pomalowali futryny...bla bla...), że nie mam z kim iść na spacer. Różnimy się. Oni boją się przywiązać do nowego przyjaciela, a ja nie mam czym wypełnić pustki (nie mogę mieć u siebie psa, taka umowa najmu). I co ja mam zrobić?
Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będę się musiała z nim pożegnać. Wydawało mi się, że albo umrę z żalu, albo zwariuję. Żyję nadal i to we własnym domu, a nie w psychiatryku, więc chyba moje przekonania były błędne. Potem pomyślałam sobie, że rzeczywiście wolę zwierzęta od ludzi. Przecież on był taki szczęśliwy przez te 14 lat. Nikomu celowo się naprzykrzył (no dobra, zdarzyło się, ale wiedział, że zrobił źle), cieszył się z kąsków za 3,50 które mu kupowałam, cieszył się na widok pana listonosza i dostawcy pizzy (jakby to jemu przywoził jedzenie), warczał na psy, które mu się nie spodobały (ot fanaberia), pocieszał moją mamę, kiedy miała migrenę, pocieszał mnie, kiedy miałam depresję i w gorszy dzień nie wstawałam z łóżka. Nie zrobił nikomu krzywdy, korzystał z każdego dnia jak umiał (czasami podkradał czerstwy chleb z kuchni). Odszedł ze spokojem, w towarzystwie tych, którzy byli dla niego stadem.
A my?
Ile razy kogoś skrzywdziliśmy? Ile razy chcieliśmy więcej niż mamy? Z jak dużym bagażem moralnym przyjdzie nam kiedyś odejść? Gdzie, w czyjej obecności? Z własnej woli, czy nagle, z przymusu?
Dżeki był w gruncie rzeczy szczęściarzem. Jedną z bardziej uprzywilejowanych istot. Odszedł w przyjemnym narkotycznym zamroczeniu, uradowany z tego, że jego pan i pani głaszczą go tam, gdzie lubi i mówią, że jest kochany.
A teraz ja mogę płakać po stracie przyjaciela, wiedząc, że on już tego nie widzi. I nie musi przynosić mi swoich ulubionych zabawek na pocieszenie.
Ostatnio jedyne momenty kiedy używam długopisu są wtedy, kiedy uzupełniam kalendarz. Nawet krzyżówek nie tykam, a temat grubych zeszytów z moimi wypocinami z szuflady omijam z daleka, bo nie mam sumienia ich wyrzucić.
Tak, jakbym zapomniała, że kiedykolwiek coś pisałam i to nie tylko na własny użytek.
W czeluściach dysku Googla krążą samopas jakieś szczątki czegoś, co miało kiedyś mieć szansę na wydanie, moje pióra wyschły na wiór, a atrament wylał się już dawno, brudząc mnie i moje ulubione pudełko na pierdoły.
Nie ważne. Nie o tym chciałam pisać.
Naszło mnie na romansidła, prawdopodobnie ze względu na moją własną sytuację sercową. Zakupiłam sobie podczas mojej ostatniej eskapady do Empiku (przy akompaniamencie szeptów mojego przyszłego męża typu "nie kochanie, idziemy dalej, nie ma nic ciekawego") "Zanim się pojawiłeś" i pochłaniam ją z lubością przy akompaniamencie mlaskania i ciamkania (od dziecka żrę i piję przy książkach, niestety). Ale dzisiaj mnie naszło na refleksję. W skrócie: bardzo infantylna historia dziewczyny która zostaje opiekunką chłopaka z tetraplegią (sorry, niewtajemniczeni, macie Wikipedię) i próbuje go przekonać, żeby nie chciał włąsnej eutanazji. Przez połowę tej cholernej książki, w którą się tak bardzo wczułam myślałam jakie to straszne, że on nie chce żyć i w ogóle dlaczego on nie chce żyć, ona się tak dla niego stara, bla bla. No i co, to tylko książka, ale zastanawiając się nad tym nieco poważniej niż tylko na poziomie fikcji, przypomniałam sobie, co ja kiedyś powiedziałam, kiedy ktoś mnie spytał, co ja bym zrobiła gdybym wylądowała na wózku.
No tak, jestem hipokrytką.
Jak łatwo jest osądzać, jak łatwo patrzeć na czyjeś wybory, kiedy to nie dotyczy bezpośrednio nas? Czy w ogóle mamy prawo komentować czyjeś decyzje począwszy od wyboru papieru toaletowego, na samobójstwie kończąc (pod warunkiem, że ktoś naprawdę chciał sobie odebrać życie, a nie pozacinał się żyletką w poprzek, bo rodzice nie kupili mi tabletu).
To jest to, czego nienawidzę u ludzi. W tym u siebie, bo mi się zdarza.
Choćby ostatnio, miesiąc temu, kiedy rodzice oświadczyli, że jadą uśpić Dżekiego. No co wy, przecież nie jest chyba tak źle, nie widać po nim, że się męczy, może jeszcze kilka tygodni... Wkurzałam się, kiedy mówili, że śmierdzi (bo faktycznie śmierdział przez to, że guz którego miał ciągle się sączył), że oni już nie mogą z nim wytrzymać. Jak to nie mogą wytrzymać? To jest członek rodziny, a nie odświeżacz powietrza, który można sobie wymienić. Nowy pies? Żadnego psa, oni sobie zrobią remont i będą w końcu mieli czyste mieszkanie. Chodziłam zła, rozżalona i kompletnie niepogodzona. Z nimi, życiem, Bogiem i czym tam jeszcze. Przecież nadal tak bardzo się cieszył, że mnie widzi (to nic, że zdarzyło mu się posiusiać dywan), chętnie chodził na spacery (coraz trudniej było mu wejść na parter z powrotem), przynosił piłkę (po którą biegł dwa razy i ciężko kładł się zmęczony na dywanie), biegał z kijkami na dworze (co chwila się potykając). Dopiero kiedy było po wszystkim uznałam, że nie widziałam niczego, bo nie chciałam widzieć. Że coraz bardziej utyka, traci apetyt, ciężko mu się podnieść rano. I że naprawdę źle pachnie. Że ma już 14 lat i najwyraźniej przyszła na niego pora. Miałam na oczach klapki utkane z przywiązania i miłości do niego, po prostu. Rozpaczliwie próbując go zatrzymać na siłę pogarszałam swoją własną sytuację. Nie pożegnałam się. Uznałam, że nie chcę, żeby zlizywał mi łzy z policzków (robił to odkąd pierwszy raz w podstawówce dostałam jedynkę i poryczałam się, siedząc po turecku na dywanie). Podobno nie szarpał się, ani nie wyglądał na przestraszonego i sam wszedł do gabinetu (mam nadzieję, że to nie wymysł mojej Mamy, żebym poczuła się lepiej)."Nie płącz, on nie lubił, jak się było smutnym". Ryczałam, jakby mi wymordowali pół rodziny. Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że tylko Mama się cieszy, że przyszłam na kawę (ale za to mają nowe wykładziny i pomalowali mój dawny pokój i wstawili nowe drzwi do kuchni i pomalowali futryny...bla bla...), że nie mam z kim iść na spacer. Różnimy się. Oni boją się przywiązać do nowego przyjaciela, a ja nie mam czym wypełnić pustki (nie mogę mieć u siebie psa, taka umowa najmu). I co ja mam zrobić?
Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będę się musiała z nim pożegnać. Wydawało mi się, że albo umrę z żalu, albo zwariuję. Żyję nadal i to we własnym domu, a nie w psychiatryku, więc chyba moje przekonania były błędne. Potem pomyślałam sobie, że rzeczywiście wolę zwierzęta od ludzi. Przecież on był taki szczęśliwy przez te 14 lat. Nikomu celowo się naprzykrzył (no dobra, zdarzyło się, ale wiedział, że zrobił źle), cieszył się z kąsków za 3,50 które mu kupowałam, cieszył się na widok pana listonosza i dostawcy pizzy (jakby to jemu przywoził jedzenie), warczał na psy, które mu się nie spodobały (ot fanaberia), pocieszał moją mamę, kiedy miała migrenę, pocieszał mnie, kiedy miałam depresję i w gorszy dzień nie wstawałam z łóżka. Nie zrobił nikomu krzywdy, korzystał z każdego dnia jak umiał (czasami podkradał czerstwy chleb z kuchni). Odszedł ze spokojem, w towarzystwie tych, którzy byli dla niego stadem.
A my?
Ile razy kogoś skrzywdziliśmy? Ile razy chcieliśmy więcej niż mamy? Z jak dużym bagażem moralnym przyjdzie nam kiedyś odejść? Gdzie, w czyjej obecności? Z własnej woli, czy nagle, z przymusu?
Dżeki był w gruncie rzeczy szczęściarzem. Jedną z bardziej uprzywilejowanych istot. Odszedł w przyjemnym narkotycznym zamroczeniu, uradowany z tego, że jego pan i pani głaszczą go tam, gdzie lubi i mówią, że jest kochany.
A teraz ja mogę płakać po stracie przyjaciela, wiedząc, że on już tego nie widzi. I nie musi przynosić mi swoich ulubionych zabawek na pocieszenie.
sobota, 7 stycznia 2017
o31. Bezsenność, kurw...ica i inne bezsensy
To znowu ja i moje problemy ze systematycznością. I nie tylko.
Mamy zimę, na termometrach chyba z 1000 na minusie i godzina 23:35, a ja czekam aż będę zasypiać na stojąco. W międzyczasie przychodzą mi do głowy dziwne pomysły typu: powinnam zacząć prowadzić vloga, bo pisanie idzie mi coraz gorzej, albo: zrobię sobie jakiś jebutny makijaż z nudów, i oczywiście ten: napiję się wódki z colą i zjem paczkę orzeszków. Kiedy nie śpię dłużej, czasami do 5, zaczynam sobie oglądać żyły i na myśl przychodzą mi szatanizmy typu “wkłuję się na zielony, zobaczymy czy się uda”, ale dochodzę do wniosku, że na pewno coś uwalę krwią i rezygnuję. Kiedy skończę inspekcję naczyń krwionośnych zdarzy mi się oglądać TV. Ostatnio o 4 leciał program o Chinach z tym gościem z...e...Bayer Full? Chyba. Tak, czy siak był tani i tandetny, ale obejrzałam go do końca, bo było o Chinach. Potem w końcu zasypiam a rano płaczę nad swoimi pomysłami. I tak w kółko. Im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej to upośledza moje szare komórki, które po kilku godzinach snu robią wielkiego face palma do swojej własnej aktywności nocnej. Nie wiem, może nie tylko ja tak mam, może to jest jakaś tajemnicza choroba, albo rodzaj choroby psychicznej? Może i ja mam rozdwojenie jaźni, a jakże. Tylko w takim bądź układzie, która z nas ma rację?
Przed zaśnięciem zawsze trafiam na coś co wywołuje u mnie nagły i gwałtowny wzrost frustracji i dostaję chandry (bo nie depresji przecież!). Tablet, telefon, książka, fejsksiążka… Mój mózg gubi ustawienia i zaczyna wyłapywać wszystko, co tylko może mnie wkurzyć i doprowadzić do poczucia beznadziejności. Na fejsie były zaniedbane konie, w krzyżówce było coś o lekturze szkolnej, a książka kupiona na promocji miała tak cholernie zagięty róg… W desperacji próbowałam oglądać słodkie dzieciaki na jutubie (jezu, a może ja jestem niepłodna), rozwiązywać sudoku (k***a, to nigdy nie wyjdzie!), słodkie pieski (beznadzieja z tym wynajmem, nawet pieska nie mogę mieć...), stare zdjęcia (jaka ja tu byłam szczupła!), głupoty w internetach (ludzie to banda ch***w i debili, a ja muszę z nimi koegzystować...o, kucyk! Chcę kucyka!). No naprawdę, próbowałam wszystkiego, nawet uczenia się (boże, nigdy tego nie zapamiętam, czytam ten rozdział piąty raz...). I tak mi mijają noce, aż w końcu dochodzę do wniosku, że życie jest beznadziejne, znowu ciągnie mnie łopatka, za zimno mi w ręce, za ciepło w stopy i zaraz pójdę do sąsiadów z pistoletem, którego nie mam, jeśli w tej chwili nie wyłączą tego cholernego telewizora. A tak w ogóle, poszłabym na spacer i zjadła lody. A potem w końcu się kładę i obiecuję sobie, że rano wstanę wcześniej i niewyspana, zrobię sobie dobre śniadanie, pranie nastawię o 12, bo tańszy prąd, potem porządku jakieś, coś tam tego. Wstaję po wielokrotnych próbach obudzenia mnie przez moją osobistą zegarynkę (“kochanie mamy dwunastą, wstajemy już”), zmęczona, wkurzona i niezdolna do życia. Nawet do grania w Wiedźmina i czytania książek. Siedzę rozlazła i robię to, co zrobić muszę z przerwami na telewizję, fejsa i jakiś spacer i dopiero wieczorem uświadamiam sobie ile nie zrobiłam. Znowu. Źródłem mojej kurwicy macicy jest zapewne Internet, ale jak ja będę żyła bez grup na fejsuniu (animacyjna, ratownicza, dla panien młodych, uczelniana, bla bla bla). Gdzie będę oglądała wydruki EKG, Pusheena, suknie ślubne, karetki, zdjęcia lasu, zdjęcia Konina, zdjęcia idiotów, jeszcze więcej karetek, głupie komentarze, feministki, Chodakowską, memy, jeszcze więcej EKG, konie, ludzie z końmi, wesołe psy, smutne psy, jeszcze więcej Pusheena, bo Pusheen jest najlepszy… Przecież nie dam sobie rady w życiu bez tego wszystkiego (a już na pewno nie bez motywacyjnych postów Chodakowskiej, które ni chui nie działają na mój mózg).
Leze do wyra. Leze wolno, bardzo wolno, bo znowu kołdra będzie za zimna,a potem za ciepła. I może znowu nie usnę, bo trzeba będzie obejrzeć kolejny odcinek Paramedics, albo żołnierzy wracających do domu. A jak usnę to i tak się obudzę, po przyśni mi się wyjazd, którego nigdy nie było, albo że biegam w śniegu w jakichś górach, albo że moja matka oddała moje rodzeństwo do adopcji.
Więc po co w ogóle spać, skoro można poczytać program telewizyjny?!
poniedziałek, 21 marca 2016
o30. Sama nie wiem gdzie byłam...
...ale znowu sobie przypomniałam, że kiedyś chyba pisałam bloga.
Dzisiaj będzie filozoficznie, bo tak, bo mnie naszło. Będzie o umieraniu.
W sumie nie wiem, czy to bardziej śmierć jest częścią życia, czy życie powolnym umieraniem i wydaje mi się, że nie rozwiążę dzisiaj tej kwestii. Zastanawiam się, dlaczego śmierć jest tematem tak śliskim, że niektórzy uważają go za tabu? (W tej samej kategorii moich rozmyślań jest seks, ale to nie dzisiaj). Umieranie wydaje mi się niewdzięczne, bo uczłowiecza. O ile żyjąc możesz podejmować decyzje, odgrywać role, czasem zakładać maski, być czymś więcej niż tylko ciałem, umieranie pozbawia cię tego wszystkiego. Zostaje ciało z jego wszystkimi mniej, lub bardziej obrzydliwymi przymiotami, które prędzej, czy później ulega przemianom pod wpływem środowiska. Nie owijając w bawełnę - zgnijesz i zeżrą cię robaki. Wiem, straszne. No, może nie dla mnie, ale są ludzie, którzy właśnie dlatego chcą być skremowani. Trochę to samolubne, nieprawdaż? Ale nie oceniam.
Ominę barwne opisy tego, co się dzieje z ciałem po śmierci, bo po co to komu?
Mnie najbardziej przeraża fakt, że ktoś będzie decydował o moim pogrzebie. Serio. A i jeszcze to, że umrę ze starości i moje organy będą się nadawały tylko na cele inne niż przeszczep, ale to bardziej mnie wpienia, niż przeraża. Nie rozumiem organizowania styp. Ani nie popijesz, ani nie potańczysz. W sumie to nie wiadomo, czy krojenie kotleta nie będzie źle odebrane, więc lepiej nie jeść. Druga rzecz, którą ludzie robią, a której nie rozumiem to wystawianie ciała w kaplicy. Jeśli ktoś znajdzie sensowny argument za, to będę wdzięczna, bo ja nie mam żadnego. Ale przejdźmy do samego umierania. Jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że kiedy stanę z kostuchą twarzą w twarz to ją zrozumiem. No nie zupełnie. Ale kiedy pierwszy raz z nią walczysz i od razu przegrywasz, to jest ci...bo ja wiem? Nieswojo. Tak nieswojo ze swoim własnym jestestwem, że pierwsze co robisz, to patrzysz w lustro, bo wydaje ci się, że coś się zmieniło. Ja zobaczyłam tylko bardziej niż zazwyczaj rozwichrzony włos i zarumienione policzki. Krótkie spotkanie z jakaś dziwną siłą, która ma nad tobą wyższość, co gorsza - spotkanie świadome, jakby umówione wcześnie, tylko dzień i godzina nieznane. Człowiek z żyjącej istoty stał się ciałem, którym rządzą prawa biologii. A może to właśnie biologia zawsze góruje nad życiem? Może to ją powinniśmy docenić?
Po takiej małej wojnie zastanawiasz się, z czym walczysz. Z losem, z bogiem, ze złem, czy jeszcze z czymś innym? Co gorsza- nawet najlepsza strategia nie zapewnia zwycięstwa.
Przyszłam do domu i mówię tak "Zgon mieliśmy". Mamencja pyta "Młody?"
Dlaczego od razu wiek? Śmierć jest niesprawiedliwa dla wszystkich. Więc dlaczego to ma znaczenie? Czy algorytm by się zmienił gdyby pacjent miał mniej czy więcej lat?* Nie. Czy umarłby inaczej, gdyby był młodszy? Nie. Czy miałby większe szanse? Nie wiem.
Ale ta wojenka nigdy nie będzie fair. I nawet jeśli następnym razem uda się wygrać bitwę, każda kolejna będzie wyglądała tak samo - ty, mały człowieczek wobec siły której nie znasz z imienia i której nie jesteś w stanie zobaczyć, a do tego tak potężnej że nie masz z nią szans.
I dlatego warto próbować, nawet jeśli "bijesz na oślep". A nuż się rozmyśli?
Dzisiaj będzie filozoficznie, bo tak, bo mnie naszło. Będzie o umieraniu.
W sumie nie wiem, czy to bardziej śmierć jest częścią życia, czy życie powolnym umieraniem i wydaje mi się, że nie rozwiążę dzisiaj tej kwestii. Zastanawiam się, dlaczego śmierć jest tematem tak śliskim, że niektórzy uważają go za tabu? (W tej samej kategorii moich rozmyślań jest seks, ale to nie dzisiaj). Umieranie wydaje mi się niewdzięczne, bo uczłowiecza. O ile żyjąc możesz podejmować decyzje, odgrywać role, czasem zakładać maski, być czymś więcej niż tylko ciałem, umieranie pozbawia cię tego wszystkiego. Zostaje ciało z jego wszystkimi mniej, lub bardziej obrzydliwymi przymiotami, które prędzej, czy później ulega przemianom pod wpływem środowiska. Nie owijając w bawełnę - zgnijesz i zeżrą cię robaki. Wiem, straszne. No, może nie dla mnie, ale są ludzie, którzy właśnie dlatego chcą być skremowani. Trochę to samolubne, nieprawdaż? Ale nie oceniam.
Ominę barwne opisy tego, co się dzieje z ciałem po śmierci, bo po co to komu?
Mnie najbardziej przeraża fakt, że ktoś będzie decydował o moim pogrzebie. Serio. A i jeszcze to, że umrę ze starości i moje organy będą się nadawały tylko na cele inne niż przeszczep, ale to bardziej mnie wpienia, niż przeraża. Nie rozumiem organizowania styp. Ani nie popijesz, ani nie potańczysz. W sumie to nie wiadomo, czy krojenie kotleta nie będzie źle odebrane, więc lepiej nie jeść. Druga rzecz, którą ludzie robią, a której nie rozumiem to wystawianie ciała w kaplicy. Jeśli ktoś znajdzie sensowny argument za, to będę wdzięczna, bo ja nie mam żadnego. Ale przejdźmy do samego umierania. Jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że kiedy stanę z kostuchą twarzą w twarz to ją zrozumiem. No nie zupełnie. Ale kiedy pierwszy raz z nią walczysz i od razu przegrywasz, to jest ci...bo ja wiem? Nieswojo. Tak nieswojo ze swoim własnym jestestwem, że pierwsze co robisz, to patrzysz w lustro, bo wydaje ci się, że coś się zmieniło. Ja zobaczyłam tylko bardziej niż zazwyczaj rozwichrzony włos i zarumienione policzki. Krótkie spotkanie z jakaś dziwną siłą, która ma nad tobą wyższość, co gorsza - spotkanie świadome, jakby umówione wcześnie, tylko dzień i godzina nieznane. Człowiek z żyjącej istoty stał się ciałem, którym rządzą prawa biologii. A może to właśnie biologia zawsze góruje nad życiem? Może to ją powinniśmy docenić?
Po takiej małej wojnie zastanawiasz się, z czym walczysz. Z losem, z bogiem, ze złem, czy jeszcze z czymś innym? Co gorsza- nawet najlepsza strategia nie zapewnia zwycięstwa.
Przyszłam do domu i mówię tak "Zgon mieliśmy". Mamencja pyta "Młody?"
Dlaczego od razu wiek? Śmierć jest niesprawiedliwa dla wszystkich. Więc dlaczego to ma znaczenie? Czy algorytm by się zmienił gdyby pacjent miał mniej czy więcej lat?* Nie. Czy umarłby inaczej, gdyby był młodszy? Nie. Czy miałby większe szanse? Nie wiem.
Ale ta wojenka nigdy nie będzie fair. I nawet jeśli następnym razem uda się wygrać bitwę, każda kolejna będzie wyglądała tak samo - ty, mały człowieczek wobec siły której nie znasz z imienia i której nie jesteś w stanie zobaczyć, a do tego tak potężnej że nie masz z nią szans.
I dlatego warto próbować, nawet jeśli "bijesz na oślep". A nuż się rozmyśli?
piątek, 12 czerwca 2015
o29. Jeśli jesteś katolikiem...
...to może lepiej poczytaj najświeższe wiadomości, aniżeli ten post :3.
Słowem wstępu:
Tak, wiem, znów wracamy do sprawy wieku, bycia dorosłym i innych pierdół. Trudno. Wiem, że maj się skończył, ale jak dla mnie nadal jest kwiecień. Tak jakoś się zacięłam :)
Maj, jak wszyscy wiemy, magicznym miesiącem jest. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, a maturzyści zakuwają. Będąc w swoim rodzinnym mieście miałam okazję obserwować tych oto osobników wracających właśnie z egzaminów ustnych. I naprawdę, ale to serio nie chcę tutaj obrazić kogokolwiek a maturzystów tegorocznych szczególnie, ale wiecie co sobie pomyślałam widząc odstawionych na galowo absolwentów szkół średnich?
Dzieciaki.
Dokładnie tak. Dzieciaki. A kiedy JA w takim razie pisałam maturę? Rok temu.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego i w jaki sposób przez rok można się tak diametralnie zestarzeć? Nagle zaczęło mi się wydawać, jakbym była co najmniej o 5 lat starsza od tych "dzieciaków". Dlaczego właściwie wydali mi się tacy dziecinni?
Raczej średnio umiem znaleźć odpowiedzi na te pytania. A w ogóle jak widząc kogoś można ocenić jego doświadczenie życiowe? Nie wiem. Może to w moim postrzeganiu ludzi jest problem.
Może ten rok był tak obfitujący w nowe doświadczenia, że - w moim mniemaniu - dłużył się jak 5 lat? Może moje życie zmieniło się tak bardzo, że przestałam się utożsamiać z nieco młodszymi od siebie? Może.
Wynika z tego jasna oczywistość, że czas nie jest miarą życia, a wiek jest przydatny tylko w metryce.
Będąc przy tym temacie - nadal zastanawiam się, dlaczego w tym kraju (dobra, nie tylko w tym) osoby starsze traktuje się z taką czcią. Dobra ok, komuś się należy jakiś profit z racji wieku, ale po co do tego dodawać stwierdzenie, że starszy jest mądrzejszy? Może wcale nie jest. Jeśli jest głupi, to nadrabia roszczeniowością. Szczególnie jest to popularne w wąskiej grupie kobiet z pokroju Madame Moher. Bo one są w podeszłym wieku i im się wszystko NALEŻY. Od miejsca siedzącego w tramwaju po cześć i chwałę dla ich mądrości życiowej. Ich pasją życiową jest szerzenie szeroko pojętej religijności (a szczególnie źle pojętej), dawanie (nie)dobrych rad i ogólne uprzykrzanie życia. Z powodzeniem zajmują się także modelingiem, dając cotygodniowe niedzielne pokazy na Msza Fashion Hour. Na tejże imprezie ukazują także w pełnej krasie piękno swojego głosu. Właśnie dlatego przez cały tydzień muszą codziennie jeździć do lekarzy rożnych specjalności (koniecznie na siedząco), żeby w niedzielę być w wyśmienitej formie. Ich guru jest człowiek w podobnym wieku który rządzi całym światem, rzuca piorunami i takie inne, ale nikt go nie widział (na trzeźwo). Podobno ujawnia się w osobie niejakiego Księdza Proboszcza, który jest istotą nieomylną i częstuje opłatkiem (ale winem już nie). Przyjmuje on dary wdzięczności za bycie nieomylnym w postaci polskich złotych i rozporządza nimi według woli własnej. Madame Moher zawsze, ale to zawsze jest na wojnie toczonej z Niewychowaną Młodzieżą. Jak uniknąć bitwy? Kilka prostych zasad:
1. Do sklepu wchodź zawsze z koszykiem, nawet jak idziesz po butelkę wody!
2. Nawet jeżeli źle się czujesz i ściąga cię grawitacja, MUSISZ wstać, kiedy Moherka wsiada do pojazdu komunikacji zbiorowej. Nawet jeśli w pobliżu jest tuzin wolnych miejsc.
3. Nie mów głośno, że jesteś niewierzący/a.
4. W ogóle nic nie mów.
5. Oddaj Księdzu Proboszczowi całą wypłatę, a na pewno zostaniesz doceniony/a i zbawiony/a na wieki.
6. Jeżeli Moherka potrzebuje na bilet daj jej wszystko co masz, nawet jeśli nie masz.
7. Jeśli trwa bitwa o łupy, a szczególnie karpia, wycofaj się. Nie masz szans. Potem uszanuj to, że Moherka byłą dzielna w walce i przemilcz fakt, że krata jej koszyka wbija ci się poniżej kręgosłupa.
8. Nie słuchaj metalu, rocka, w ogóle nie słuchaj muzyki, bo to dzieło szatana.
9. Ani nawet nie myśl, żeby jechać na Woodstock, bo tam wszyscy są opętani. WSZYSCY.
Nie dostajesz jednak gwarancji, że stosując się do tych reguł zostaniesz zaakceptowany/a, więc przygotuj się na rozczarowanie.
Jest jedno ekstra wyjście z sytuacji. Zostań krwawym mścicielem, czyli lekarzem specjalistą, panią z ZUSu, kierowcą/motorniczym, kimkolwiek, kto ma władzę nad bytem Moherek.
Wszystko, tylko nie ratownik medyczny, bo ilość bluzg pod twoim adresem sięgnie większej liczby niż najwyższa kumulacja w totku. I wtedy to ty będziesz miał/a rację, a i tak nic z tym nie zrobisz :).
Epilog (jak ktoś jednak się poczuł urażony)
Nie mam na celu obrażania katolików jako takich, ale katolickiego ciemnogrodu, w którym wtyka się ludziom bzdury i traktuje jak głupie owieczki, które pójdą, gdzie je pies zagoni, a także hipokrytów, którzy zaraz po zjedzenie opłatka bluzgają kogo popadnie.Tyle w temacie. A bezpośredniego postu o religii w naszym kraju sobie oszczędzę ;)
Słowem wstępu:
Tak, wiem, znów wracamy do sprawy wieku, bycia dorosłym i innych pierdół. Trudno. Wiem, że maj się skończył, ale jak dla mnie nadal jest kwiecień. Tak jakoś się zacięłam :)
Maj, jak wszyscy wiemy, magicznym miesiącem jest. Ptaszki śpiewają, słoneczko świeci, a maturzyści zakuwają. Będąc w swoim rodzinnym mieście miałam okazję obserwować tych oto osobników wracających właśnie z egzaminów ustnych. I naprawdę, ale to serio nie chcę tutaj obrazić kogokolwiek a maturzystów tegorocznych szczególnie, ale wiecie co sobie pomyślałam widząc odstawionych na galowo absolwentów szkół średnich?
Dzieciaki.
Dokładnie tak. Dzieciaki. A kiedy JA w takim razie pisałam maturę? Rok temu.
Zaczęłam się zastanawiać, dlaczego i w jaki sposób przez rok można się tak diametralnie zestarzeć? Nagle zaczęło mi się wydawać, jakbym była co najmniej o 5 lat starsza od tych "dzieciaków". Dlaczego właściwie wydali mi się tacy dziecinni?
Raczej średnio umiem znaleźć odpowiedzi na te pytania. A w ogóle jak widząc kogoś można ocenić jego doświadczenie życiowe? Nie wiem. Może to w moim postrzeganiu ludzi jest problem.
Może ten rok był tak obfitujący w nowe doświadczenia, że - w moim mniemaniu - dłużył się jak 5 lat? Może moje życie zmieniło się tak bardzo, że przestałam się utożsamiać z nieco młodszymi od siebie? Może.
Wynika z tego jasna oczywistość, że czas nie jest miarą życia, a wiek jest przydatny tylko w metryce.
Będąc przy tym temacie - nadal zastanawiam się, dlaczego w tym kraju (dobra, nie tylko w tym) osoby starsze traktuje się z taką czcią. Dobra ok, komuś się należy jakiś profit z racji wieku, ale po co do tego dodawać stwierdzenie, że starszy jest mądrzejszy? Może wcale nie jest. Jeśli jest głupi, to nadrabia roszczeniowością. Szczególnie jest to popularne w wąskiej grupie kobiet z pokroju Madame Moher. Bo one są w podeszłym wieku i im się wszystko NALEŻY. Od miejsca siedzącego w tramwaju po cześć i chwałę dla ich mądrości życiowej. Ich pasją życiową jest szerzenie szeroko pojętej religijności (a szczególnie źle pojętej), dawanie (nie)dobrych rad i ogólne uprzykrzanie życia. Z powodzeniem zajmują się także modelingiem, dając cotygodniowe niedzielne pokazy na Msza Fashion Hour. Na tejże imprezie ukazują także w pełnej krasie piękno swojego głosu. Właśnie dlatego przez cały tydzień muszą codziennie jeździć do lekarzy rożnych specjalności (koniecznie na siedząco), żeby w niedzielę być w wyśmienitej formie. Ich guru jest człowiek w podobnym wieku który rządzi całym światem, rzuca piorunami i takie inne, ale nikt go nie widział (na trzeźwo). Podobno ujawnia się w osobie niejakiego Księdza Proboszcza, który jest istotą nieomylną i częstuje opłatkiem (ale winem już nie). Przyjmuje on dary wdzięczności za bycie nieomylnym w postaci polskich złotych i rozporządza nimi według woli własnej. Madame Moher zawsze, ale to zawsze jest na wojnie toczonej z Niewychowaną Młodzieżą. Jak uniknąć bitwy? Kilka prostych zasad:
1. Do sklepu wchodź zawsze z koszykiem, nawet jak idziesz po butelkę wody!
2. Nawet jeżeli źle się czujesz i ściąga cię grawitacja, MUSISZ wstać, kiedy Moherka wsiada do pojazdu komunikacji zbiorowej. Nawet jeśli w pobliżu jest tuzin wolnych miejsc.
3. Nie mów głośno, że jesteś niewierzący/a.
4. W ogóle nic nie mów.
5. Oddaj Księdzu Proboszczowi całą wypłatę, a na pewno zostaniesz doceniony/a i zbawiony/a na wieki.
6. Jeżeli Moherka potrzebuje na bilet daj jej wszystko co masz, nawet jeśli nie masz.
7. Jeśli trwa bitwa o łupy, a szczególnie karpia, wycofaj się. Nie masz szans. Potem uszanuj to, że Moherka byłą dzielna w walce i przemilcz fakt, że krata jej koszyka wbija ci się poniżej kręgosłupa.
8. Nie słuchaj metalu, rocka, w ogóle nie słuchaj muzyki, bo to dzieło szatana.
9. Ani nawet nie myśl, żeby jechać na Woodstock, bo tam wszyscy są opętani. WSZYSCY.
Nie dostajesz jednak gwarancji, że stosując się do tych reguł zostaniesz zaakceptowany/a, więc przygotuj się na rozczarowanie.
Jest jedno ekstra wyjście z sytuacji. Zostań krwawym mścicielem, czyli lekarzem specjalistą, panią z ZUSu, kierowcą/motorniczym, kimkolwiek, kto ma władzę nad bytem Moherek.
Wszystko, tylko nie ratownik medyczny, bo ilość bluzg pod twoim adresem sięgnie większej liczby niż najwyższa kumulacja w totku. I wtedy to ty będziesz miał/a rację, a i tak nic z tym nie zrobisz :).
Epilog (jak ktoś jednak się poczuł urażony)
Nie mam na celu obrażania katolików jako takich, ale katolickiego ciemnogrodu, w którym wtyka się ludziom bzdury i traktuje jak głupie owieczki, które pójdą, gdzie je pies zagoni, a także hipokrytów, którzy zaraz po zjedzenie opłatka bluzgają kogo popadnie.Tyle w temacie. A bezpośredniego postu o religii w naszym kraju sobie oszczędzę ;)
poniedziałek, 4 maja 2015
o27. Odkrycia #1
Takie mamy zmiany, taki mamy klimat. Mi się wydaje że lepiej i że całkiem spoko :P A dzisiaj:
Mam świadomość, że fotograf ze mnie żaden ;)
Taki sobie cykl z różnymi ciekawymi rzeczami.
Mam świadomość, że fotograf ze mnie żaden ;)
Odkrycia książkowo - filmowe
Zapiski młodego lekarza
Serial odkryty podczas buszowania w Bibliotece Raczyńskich. Nigdy wcześniej o nim nie słyszałam, stąd też chętnie go zgarnęłam. Nie zniechęciła mnie nawet obecność Daniela Radcliff, którego mój mózg ściśle zaszufladkował na rzecz Hogwartu. Krótkie odcinki, czarny humor i dużo flaków <3. Serial opowiada o świeżym lekarzu, który po wzorowym ukończeniu studiów zostaje wysłany w miejsce, gdzie psy tyłkiem szczekają, a jego oczekiwania co do zawodu miażdży okropna rzeczywistość. Polecam każdemu, kto ma specyficzny humor ;)
Marzenia Joy
Właściwie nie o tej książce chciałabym pisać, ale o jej poprzedniczce - "Dziewczęta z Szanghaju". Sięgnęłam po nią oczarowana pierwszą w mojej karierze czytelniczej książką Lisy See, czyli "Kwiat Śniegu i sekretny wachlarz". Kupiona przypadkiem na wyprzedaży w Pierdonce okazała się absolutnie ekstatycznym przeżyciem dla moich oczu i zburzyła moje przekonanie o starożytnych Chinach. "Dziewczęta..." są już z zupełnie innej bajki, jednak wciągają niesamowicie. Miałam nadzieję, że ten sam klimat znajdę w "Marzeniach Joy" i jak na razie się nie zawiodłam. Genialne oderwanie od rzeczywistości i cudownie oddany klimat Wschodu z całą jego specyficznością.
Cafe Auschwitz
Kolejna zdobycz od Raczyńskich, pierwsza książka którą czytałam przez całą drogę do domu, także idąc. Perełka wśród książek o II Wojnie, choć tak naprawdę o wojnie nie jest. Autor zgłębia ludzkie charaktery, a przy tym prowadzi nas przez akcję i buduje obraz współczesnego społeczeństwa. Sporo nieznanych mi do tej pory informacji o samym obozie i fajny wątek śledczy. Tej książce nie brakuje chyba niczego.
Inne odkrycia
Planowanie czasu
Jak ja się brzydziłam planowaniem czegokolwiek! Głównie dlatego, że nigdy tego nie umiałam. Robienie planu dnia było ble, passe, bo spontanicznosć taka zajefajna! Tsa. Ale Panna Spontaniczna się wyprowadziła, została studentką i poszła do pracy. I to była dopiero apokalipsa.
Na początku szło nieźle nawet. Głównie dlatego, że pracowałam krótko i miałam blisko do miejsca pracy. Ale potem praca na drugim końcu miasta zaczęła mi zajmować nawet 12 godzin dziennie z dojazdem. Hm. A zaległości na uczelni jakoś nie chcą znikać (bo anatomia to dziwka jest, a biochemia jeszcze bardziej!).
Korzystając z chwilowej bezrobotności i multum czasu na naukę zaczęłam próbować jakoś się wyplątać z brania udziału we własnej karuzeli zaległości i zrobiłam sobie ORGANIZER. Z planem dnia i zadaniami do wykonania. Straszne bardzo.
Dzisiaj pierwszy zaplanowany dzień. Poranne plany rozpieprzyła mi pogoda. How beautifull! Ale wstałam o zaplanowanej porze, czyli średnio 3h wcześniej niż zazwyczaj. Okazuje się, że przegięłam z czasem na naukę i czas wolny i wszystko zaczęło się mieszać. Zaplanowanie czasu wolnego jest durnotą, bo w czasie przeznaczonym na czytanie słucham muzyki. Obiad o 14 też nie wypalił, bo nie byłam głodna. Reszta całkiem dobrze.
Testujemy dalej.
Poza tym dostałam hyzia na punkcie niebieskiego (znowu), co widać po nowym szablonie. Cóż, mi się podoba, przynajmniej jest wiosennie :3.
niedziela, 3 maja 2015
o26. Przypomniałam sobie...
...że mam bloga. Przy tej okazji przypomniałam sobie też, że lubię pisać w sumie.
Taak.
Wpadłam w wir studiów, targania walizek i zamrożonych kotletów, pracy i innych dupereli, które rzekomo mają mi ulepszyć życie. Z tego wszystkiego zapomniałam kim byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Zrobiłam sobie dzisiaj spacerek po mieście, stwierdzając, że w sumie nic się nie zmieniło i zawsze, kiedy wracam do Konina stwierdzam to samo. Stare śmiecie. Wracam do Poznania i nagle wszystko się zmienia od ostatniego razu, nawet zapach powietrza. I nie mam pojęcia, dlaczego nie dostrzegam zmian na starych śmieciach. Rutyna?
Czuliście się kiedyś zmęczeni? Ale nie tak jak po Chodakowskiej, że leżycie na podłodze i pot z was ścieka. Leżycie na łóżku, za oknem piękna pogoda, tyle rzeczy do nauczenia, filmów do obejrzenia, książek, na spacer można z pieskiem iść. Ale nie. Bo nawet palca nie chce się podnieść. Ja stwierdziłam, że lepiej tego lenia przespać, ale nie mogłam za Chiny zasnąć. Takie niechciejstwo do życia w ogóle. Być może mój mózg stwierdził, że nie mogę nic zrobić dobrze, więc lepiej tak leżeć.
Próbując sobie ulepszyć życie w sumie utrudniłam je na maxa. Teraz próbuję to ogarnąć.
Dżizas, nie o tym chciałam pisać.Ale mam chyba za ciężki dzień na napisanie optymistycznego posta. Przysięgam, że będę pisać przydatniejsze posty. Zdjęcia porobię jakieś. Fajne. I będę pamiętać, że mam bloga. I zmienię grafikę.
Będzie fajnie, naprawdę.
Taak.
Wpadłam w wir studiów, targania walizek i zamrożonych kotletów, pracy i innych dupereli, które rzekomo mają mi ulepszyć życie. Z tego wszystkiego zapomniałam kim byłam jeszcze kilka miesięcy temu. Zrobiłam sobie dzisiaj spacerek po mieście, stwierdzając, że w sumie nic się nie zmieniło i zawsze, kiedy wracam do Konina stwierdzam to samo. Stare śmiecie. Wracam do Poznania i nagle wszystko się zmienia od ostatniego razu, nawet zapach powietrza. I nie mam pojęcia, dlaczego nie dostrzegam zmian na starych śmieciach. Rutyna?
Czuliście się kiedyś zmęczeni? Ale nie tak jak po Chodakowskiej, że leżycie na podłodze i pot z was ścieka. Leżycie na łóżku, za oknem piękna pogoda, tyle rzeczy do nauczenia, filmów do obejrzenia, książek, na spacer można z pieskiem iść. Ale nie. Bo nawet palca nie chce się podnieść. Ja stwierdziłam, że lepiej tego lenia przespać, ale nie mogłam za Chiny zasnąć. Takie niechciejstwo do życia w ogóle. Być może mój mózg stwierdził, że nie mogę nic zrobić dobrze, więc lepiej tak leżeć.
Próbując sobie ulepszyć życie w sumie utrudniłam je na maxa. Teraz próbuję to ogarnąć.
Dżizas, nie o tym chciałam pisać.Ale mam chyba za ciężki dzień na napisanie optymistycznego posta. Przysięgam, że będę pisać przydatniejsze posty. Zdjęcia porobię jakieś. Fajne. I będę pamiętać, że mam bloga. I zmienię grafikę.
Będzie fajnie, naprawdę.
piątek, 4 kwietnia 2014
o25. Życiowo w...no bardzo życiowo.
Wróciłam, tym razem pozrzędzić.
No są czasami takie momenty, że tam gdzie blisko jest wszystko ok, ale trochę dalej jest do kitu i co byś nie robił to i tak nic to nie daje. Są i co zrobisz. Jak ty nie masz problemów, to ma ktoś inny (tak, tak, wiem, odkrywcze tak bardzo). Tylko, że ja mam tak, że z tych czyichś problemów tworzy mi się mój własny. Serio. Może ja jestem taki typ człowieka, że jak nie ma, to muszę sobie wymyślić . No może. Tak się tylko zastanawiam, czy ja się może za bardzo przejmuję ludźmi. Ale jak mam się nie przejmować, skoro czuję, że muszę.
Jak ja będę pracować kiedyś to ja nie wiem. Może zdążę się znieczulić?
Się uparłam na tą psychologię. Lepiej bym poszła na marketing jakiś. Albo na jeździectwo.
Nie pójdę na nic, będę sprzątać ulice. Praca dla uczuciowych.
Znowu Bisz, bo nie ma Bisza, to nie ma klimatu :P.
No są czasami takie momenty, że tam gdzie blisko jest wszystko ok, ale trochę dalej jest do kitu i co byś nie robił to i tak nic to nie daje. Są i co zrobisz. Jak ty nie masz problemów, to ma ktoś inny (tak, tak, wiem, odkrywcze tak bardzo). Tylko, że ja mam tak, że z tych czyichś problemów tworzy mi się mój własny. Serio. Może ja jestem taki typ człowieka, że jak nie ma, to muszę sobie wymyślić . No może. Tak się tylko zastanawiam, czy ja się może za bardzo przejmuję ludźmi. Ale jak mam się nie przejmować, skoro czuję, że muszę.
Jak ja będę pracować kiedyś to ja nie wiem. Może zdążę się znieczulić?
Się uparłam na tą psychologię. Lepiej bym poszła na marketing jakiś. Albo na jeździectwo.
Nie pójdę na nic, będę sprzątać ulice. Praca dla uczuciowych.
Znowu Bisz, bo nie ma Bisza, to nie ma klimatu :P.
czwartek, 13 lutego 2014
o24. Notka osobista, czyli co ja robię na koniu (tudzież na ziemi)?
Nie śpię, bo piszę notkę.
Miało być o WalęTynkach, ale co ja będę się pocić nad serduszkami i czekoladkami. Hejterów już i tak jest dosyć dużo. To sobie napiszę o miłości, ale trochę innej.
No właśnie, jak to się stało, że na starość zachciało mi się usadowić tyłek w siodle? Tak się składa, że nie zachciało mi się na starość, tylko jakieś...10 lat temu? Chyba coś w ten deseń. Niestety moi rodziciele pomysł jeżdżenia przeze mnie koni (nie mylić z ujeżdżaniem koni) uważali za równie idiotyczny jak i kosztowny, dlatego właśnie teraz nie robię kariery. A tak na poważnie - po prostu nie styknęło ;). I oto w wieku lat 19stu stwierdziłam że jestem znerwicowana i coś mi się należy od życia i ja chcę w końcu na konia. Bawi mnie cholernie to, jakie miałam pojęcie o jeździectwie, ale to już szczegół. Po krótce - wyobrażałam sobie, że za czasu ileś będę galopować (cwałować? być może) przez bezkresne stepy na karym koniu z długą grzywą, z włosem rozwianym w koszuli w kratę i na dodatek bez trzymanki. Tsa. Kary koń odpadł na starcie, odkąd stwierdziłam, że lubię malowane kasztany. Rozwiany włos odpadł niedługo potem, kiedy zorientowałam się, że kask być musi, tak samo gumka do włosów. Koszula w kratę odpadła, kiedy zorientowałam się, że do bryczesów w stylu europejskim nie pasuje totalnie. Cwały a nawet wszelkie galopy poleciały w zapomnienie, kiedy po raz pierwszy zakłusowałam, tak samo jazda bez trzymanki (dostawałam palpitacji na myśl, że kiedyś będę musiała puścić tę bidną cykor - łapkę u siodła). Co tam jeszcze...a! długa grzywa też w sumie odpadła, kiedy zaczęłam sama czesać konie. A na bezkresne stepy jakoś jeszcze nie dotarłam. Moje pojęcie o ryzyku i kondycji fizycznej w jeździectwie było takie jak obecny stan mojego portfela - zerowe. Niby zdawałam sobie sprawę, że zcałowanie się z ziemią nie będzie fajne, ale o pojęciu pracy mięśni w siodle nie wiedziałam nic. Pominę ekstazę bliską orgazmu z jaką dotarłam do stajni. Pominę moją opadniętą szczękę, kiedy okazało się, że instruktorem jest moja była wuefistka, której wtedy nie nienawidziłam (co miało teoretycznie działać w obie strony - podkreślam czas przeszły). Poszłabym o stówę, że nie wsiądę za 1szym podejściem, jeśli w ogóle kiedykolwiek się wdrapię na tego konia, dlatego moja ekstaza sięgnęła zenitu, kiedy wsiadłam od razu i bez ceregieli (potem już szło mi gorzej ;)). Pominę moje przerażenie przy dopinaniu popręgu i regulacji puślisk, kiedy musiałam podnieść nogę. Rada jestem, że nikt mnie nie nagrywał na pierwszych jazdach, bo teraz twarz bym sobie przebiła robiąc faceplamy. No ale każdy się uczy (jeździłam jak kaczka bardzo długo i to mnie doprowadzało do białej gorączki). Po półgodzinnej lonży byłam padnięta, jakbym przebiegła Polskę wszerz. Rodziciele pewni byli swoich racji, które sprawdziły się w połowie - owszem, tyłeczek miałam obtłuczony niemożebnie i nie rozstawałam się z poduszką, ale nie zrezygnowałam po kilku lekcjach. Co tydzień było to samo - jechałam do stajni tak nakręcona, że nie byłam w stanie nic przełknąć, a wracałam i napierniczałam o koniach aż do następnej lekcji (coś chyba jednak niedużo się zmieniło...). Potem dwa upadki (na ten moment - błahe). Przy trzecim, najświeższym, zaczęłam się zastanawiać, co ja właściwie robię. Mogę skończyć na wózku, tudzież w ziemi. Jestem stara, mało sprawna, ciężko się uczę, kariery już nie zrobię, z kasą ciężko. Dowlekłam się (a raczej dociągnęłam - prawą nogę wlekłam za sobą, do tego kuśtykając na lewą, bo standardowo obtłukłam tyłek) do krzesła w siodlarni i siedziałam jak Stańczyk na tym obrazie Matejki. Myślę sobie - przestań się wydurniać, wracaj do domu i licz deltę.
Do tej pory nie policzyłam tej delty ;). Pierdyknęłam się porządnie w czoło i poszłam do koni.
Tylko nadal gdzieś tam tkwią we mnie te stepy, koszula, rozwiane włosy, galopy i reszta. Być może kiedyś. Chociaż galopy na karym koniu (ale bez długiej grzywy;)) z tego wszystkiego weszły do świata rzeczywistego.
Więc: Co ja robię na koniu? Bo nie jeżdżę przecie! Póki jestem na koniu, myślę o tym, żeby nie spaść, a kiedy już na koniu nie jestem to wrzeszczę, bo spadam. A w międzyczasie myślę o tych galopach na bezkresach ;).
Miało być o WalęTynkach, ale co ja będę się pocić nad serduszkami i czekoladkami. Hejterów już i tak jest dosyć dużo. To sobie napiszę o miłości, ale trochę innej.
No właśnie, jak to się stało, że na starość zachciało mi się usadowić tyłek w siodle? Tak się składa, że nie zachciało mi się na starość, tylko jakieś...10 lat temu? Chyba coś w ten deseń. Niestety moi rodziciele pomysł jeżdżenia przeze mnie koni (nie mylić z ujeżdżaniem koni) uważali za równie idiotyczny jak i kosztowny, dlatego właśnie teraz nie robię kariery. A tak na poważnie - po prostu nie styknęło ;). I oto w wieku lat 19stu stwierdziłam że jestem znerwicowana i coś mi się należy od życia i ja chcę w końcu na konia. Bawi mnie cholernie to, jakie miałam pojęcie o jeździectwie, ale to już szczegół. Po krótce - wyobrażałam sobie, że za czasu ileś będę galopować (cwałować? być może) przez bezkresne stepy na karym koniu z długą grzywą, z włosem rozwianym w koszuli w kratę i na dodatek bez trzymanki. Tsa. Kary koń odpadł na starcie, odkąd stwierdziłam, że lubię malowane kasztany. Rozwiany włos odpadł niedługo potem, kiedy zorientowałam się, że kask być musi, tak samo gumka do włosów. Koszula w kratę odpadła, kiedy zorientowałam się, że do bryczesów w stylu europejskim nie pasuje totalnie. Cwały a nawet wszelkie galopy poleciały w zapomnienie, kiedy po raz pierwszy zakłusowałam, tak samo jazda bez trzymanki (dostawałam palpitacji na myśl, że kiedyś będę musiała puścić tę bidną cykor - łapkę u siodła). Co tam jeszcze...a! długa grzywa też w sumie odpadła, kiedy zaczęłam sama czesać konie. A na bezkresne stepy jakoś jeszcze nie dotarłam. Moje pojęcie o ryzyku i kondycji fizycznej w jeździectwie było takie jak obecny stan mojego portfela - zerowe. Niby zdawałam sobie sprawę, że zcałowanie się z ziemią nie będzie fajne, ale o pojęciu pracy mięśni w siodle nie wiedziałam nic. Pominę ekstazę bliską orgazmu z jaką dotarłam do stajni. Pominę moją opadniętą szczękę, kiedy okazało się, że instruktorem jest moja była wuefistka, której wtedy nie nienawidziłam (co miało teoretycznie działać w obie strony - podkreślam czas przeszły). Poszłabym o stówę, że nie wsiądę za 1szym podejściem, jeśli w ogóle kiedykolwiek się wdrapię na tego konia, dlatego moja ekstaza sięgnęła zenitu, kiedy wsiadłam od razu i bez ceregieli (potem już szło mi gorzej ;)). Pominę moje przerażenie przy dopinaniu popręgu i regulacji puślisk, kiedy musiałam podnieść nogę. Rada jestem, że nikt mnie nie nagrywał na pierwszych jazdach, bo teraz twarz bym sobie przebiła robiąc faceplamy. No ale każdy się uczy (jeździłam jak kaczka bardzo długo i to mnie doprowadzało do białej gorączki). Po półgodzinnej lonży byłam padnięta, jakbym przebiegła Polskę wszerz. Rodziciele pewni byli swoich racji, które sprawdziły się w połowie - owszem, tyłeczek miałam obtłuczony niemożebnie i nie rozstawałam się z poduszką, ale nie zrezygnowałam po kilku lekcjach. Co tydzień było to samo - jechałam do stajni tak nakręcona, że nie byłam w stanie nic przełknąć, a wracałam i napierniczałam o koniach aż do następnej lekcji (coś chyba jednak niedużo się zmieniło...). Potem dwa upadki (na ten moment - błahe). Przy trzecim, najświeższym, zaczęłam się zastanawiać, co ja właściwie robię. Mogę skończyć na wózku, tudzież w ziemi. Jestem stara, mało sprawna, ciężko się uczę, kariery już nie zrobię, z kasą ciężko. Dowlekłam się (a raczej dociągnęłam - prawą nogę wlekłam za sobą, do tego kuśtykając na lewą, bo standardowo obtłukłam tyłek) do krzesła w siodlarni i siedziałam jak Stańczyk na tym obrazie Matejki. Myślę sobie - przestań się wydurniać, wracaj do domu i licz deltę.
Do tej pory nie policzyłam tej delty ;). Pierdyknęłam się porządnie w czoło i poszłam do koni.
Tylko nadal gdzieś tam tkwią we mnie te stepy, koszula, rozwiane włosy, galopy i reszta. Być może kiedyś. Chociaż galopy na karym koniu (ale bez długiej grzywy;)) z tego wszystkiego weszły do świata rzeczywistego.
Więc: Co ja robię na koniu? Bo nie jeżdżę przecie! Póki jestem na koniu, myślę o tym, żeby nie spaść, a kiedy już na koniu nie jestem to wrzeszczę, bo spadam. A w międzyczasie myślę o tych galopach na bezkresach ;).
niedziela, 1 grudnia 2013
o23. I become so numb...
Nastroiłam gitarę bez pomocy tunera, po ponad roku. Tytuł hardkora miesiąca ląduje do...
Podobno już tylko 23 dni do tych świąt jakiś, co to cała rodzina w zawrotnej liczbie osób pięć plus zwierzę spotyka się u mnie co by jeść, gadać o biznesie Mamencji i oglądać 42 calowe TV. Od myślenia na ten temat robi mi się ckliwie już od przeszło pół roku. Także, albo się udam na miasto, w poszukiwaniu fajnego miejsca dla niespodziewanego gościa, albo się zażrę na śmierć barszczem i karpiem. Cóż, warte uwagi jest to, że ja w Wigilię nie przybieram ani kilograma, tylko chudnę. Interesujące. No, ale. Tak sobie pomyślałam, że skoro Święta i skoro już rok temu pisałam o marketingu to może w tym roku sobie odpuszczę komentowanie reklamy Coca - Coli, a zajmę się czymś normalniejszym. Pytanie na ten nowy miesiąc:
Dlaczego jesteśmy wobec siebie tacy obojętni?
Czasami sobie myślę, że właściwie w czasach, w których żyjemy, strach wyjść na ulicę. Dostaniesz zawału w sobotni wieczór idąc z baru, gdzie strzeliłeś sobie jedno absolutnie jedno małe piwo i nikt nie pofatyguje się, żeby sprawdzić, co właściwie Ci jest, bo wonie od ciebie alkoholem. I właściwie to wszyscy o tym mówią, absolutnie wszyscy, ale jak przychodzi co do czego to i tak każdy ma drugiego człowieka głęboko w czterech literach. Kurczę, przecież nawet jak ten leżący pijany jak belka i tylko upojenie alkoholowe mu dolega, to czy on sobie każe zapłacić za to, że się do niego podeszło i sprawdziło, czy dycha i jest w jednym kawałku? A może degeneracja jest zaraźliwa i boimy się, że to może przejść na nas? No ludzie, bądźmy trochę bardziej ogarnięci!
A przecież to nie są jedyne sytuacje, które na pochwałę nie zasługują. To dzisiejsze społeczeństwo po prostu jest jakieś dziwne. Weźmy multum sytuacji autobusowych: babcie, których torby muszą siedzieć obok nich, ludzi którzy nie umieją ruszyć tyłka i ustąpić miejsca, chamskich kierowców, którzy zamykają drzwi przed nosem, nie chcą sprzedać biletu mimo, że automat nie działa, nie używają wszelkich udogodnień, kiedy wsiada osoba na wózku, albo matka z wózkiem i oczywiście nie mniej chamscy pasażerowie, którzy bluzgają kierowcę za to, że nie ma rozmienić dwóch dych i nie mają jak kupić biletu. A to tylko autobusy. Pominę najsłynniejsze patologie takie jak Katarzyna Wu, Chytra Baba z Radomia, Polski Kler, Cyg...Społeczność Romska, Mistrzowie Parkowania, Policjanci , Politycy i wiele, wiele innych.
Ciężko się dzisiaj żyje. Wina Tuska?
Podobno już tylko 23 dni do tych świąt jakiś, co to cała rodzina w zawrotnej liczbie osób pięć plus zwierzę spotyka się u mnie co by jeść, gadać o biznesie Mamencji i oglądać 42 calowe TV. Od myślenia na ten temat robi mi się ckliwie już od przeszło pół roku. Także, albo się udam na miasto, w poszukiwaniu fajnego miejsca dla niespodziewanego gościa, albo się zażrę na śmierć barszczem i karpiem. Cóż, warte uwagi jest to, że ja w Wigilię nie przybieram ani kilograma, tylko chudnę. Interesujące. No, ale. Tak sobie pomyślałam, że skoro Święta i skoro już rok temu pisałam o marketingu to może w tym roku sobie odpuszczę komentowanie reklamy Coca - Coli, a zajmę się czymś normalniejszym. Pytanie na ten nowy miesiąc:
Dlaczego jesteśmy wobec siebie tacy obojętni?
Czasami sobie myślę, że właściwie w czasach, w których żyjemy, strach wyjść na ulicę. Dostaniesz zawału w sobotni wieczór idąc z baru, gdzie strzeliłeś sobie jedno absolutnie jedno małe piwo i nikt nie pofatyguje się, żeby sprawdzić, co właściwie Ci jest, bo wonie od ciebie alkoholem. I właściwie to wszyscy o tym mówią, absolutnie wszyscy, ale jak przychodzi co do czego to i tak każdy ma drugiego człowieka głęboko w czterech literach. Kurczę, przecież nawet jak ten leżący pijany jak belka i tylko upojenie alkoholowe mu dolega, to czy on sobie każe zapłacić za to, że się do niego podeszło i sprawdziło, czy dycha i jest w jednym kawałku? A może degeneracja jest zaraźliwa i boimy się, że to może przejść na nas? No ludzie, bądźmy trochę bardziej ogarnięci!
A przecież to nie są jedyne sytuacje, które na pochwałę nie zasługują. To dzisiejsze społeczeństwo po prostu jest jakieś dziwne. Weźmy multum sytuacji autobusowych: babcie, których torby muszą siedzieć obok nich, ludzi którzy nie umieją ruszyć tyłka i ustąpić miejsca, chamskich kierowców, którzy zamykają drzwi przed nosem, nie chcą sprzedać biletu mimo, że automat nie działa, nie używają wszelkich udogodnień, kiedy wsiada osoba na wózku, albo matka z wózkiem i oczywiście nie mniej chamscy pasażerowie, którzy bluzgają kierowcę za to, że nie ma rozmienić dwóch dych i nie mają jak kupić biletu. A to tylko autobusy. Pominę najsłynniejsze patologie takie jak Katarzyna Wu, Chytra Baba z Radomia, Polski Kler, Cyg...Społeczność Romska, Mistrzowie Parkowania, Policjanci , Politycy i wiele, wiele innych.
Ciężko się dzisiaj żyje. Wina Tuska?
środa, 13 listopada 2013
Dorosłe dzieci, czy dorośli?
Dzisiaj moje przemyślenia o byciu dorosłym, w różnym znaczeniu. Będzie też o koniach, a raczej o celach życiowych i charakterze, pod płaszczykiem koni ;).
Dlaczego właściwie dzisiaj taki temat? Zainspirowała mnie do tego pewna historia z "naszej" stajni.
Kiedy mam wolne (a ostatnio wolne mam praktycznie zawsze ;)) przesiaduję na Kleczewskiej i pomagam przy koniach dla przyjemności, własnego pożytku i ze zwyczajnej uprzejmości. Kiedy nie ma nic do roboty, obserwuję. Różne rzeczy widzę, ale to, co zobaczyłam ostatnio mnie nieco zszokowało. Na lekcje przyszły dwie dziewczynki w wieku - bo ja wiem - nie wyższym niż 8 lat. Znam je z widzenia, bo przychodzą w ten sam dzień, każdego tygodnia. Jedna z klaczy, która była zwykle brana na tą godzinę jest chora, więc instruktor była zmuszoną wziąć inną, nieco szaloną, ale to i tak był najlepszy wybór. Mimo, że przez jakiś czas wszystko przebiegało sprawnie, w pewnym momencie kobyłka się spłoszyła i mała poleciała z niej, odbiła się od słomy i wylądowała...prosto pod koniem. Ciemna przeleciała po niej, wszystko razem wyglądało masakrycznie. Tato przerażony, mała przerażona, ja też nieźle nabuzowana. Mało upadków widziałam, takie tylko na filmach. Usłyszałam, że mam iść po toczek i wsiąść na kobyłę. Do strachliwych nie należę, polazłam do siodlarni. Mała się pozbierała, ale własną łydkę razem ze sztylpą bym dała, że nie już więcej nie wsiądzie. Wchodzę do hali i kopara opadła - mała nie tylko ogarnięta na tyle, że jakoś się rusza i nic sobie nie połamała, to jeszcze co - siedzi! Jak dla mnie oczywiste, że zaraz po upadku, jeśli jesteś w stanie - wsiadasz, ale dzieciak w jej wieku rzadko kiedy ma taki charakterek.
Do czego piję. Podobała mi się postawa ojca - mała chciała wsiąść, pozwolił. Gdyby tylko w promieniu kilometra był sklep kupiłabym ojcu setkę i małej czekoladę, niestety do najbliższego godzina drogi. A gdyby było odwrotnie? Gdyby mała chciała wsiąść, ale nie dostałaby zgody? Ogromnie bym współczuła. Gdybym ja była w takiej sytuacji, przez resztę życia nie dopuściliby mnie nawet na metr od konia, chociażby to była nawet falabella*. Bo ja mam nadopiekuńczych rodziców.
Po ostatniej rozmowie z mamą po tym jak wyleciałam z siodła, stwierdziłam, że nie będę informować o żadnym przyszłym upadku. Moja rodzicielka najchętniej zabroniłaby mi, instruktorowi, a nawet koniowi galopować, nawet kłusować. Stwierdziła, że nie szanuję zdrowia (wat?). A co z moim zdrowiem psychicznym? Ale...
No właśnie plusem jest to, że mimo, że to ona płaci za moje lekcje i tak nie może mi nic zrobić. Nie może "z buta wjechać" na halę, zdjąć mnie z konia i zabrać do domu, bo mam 19 lat. A że sobie czasami pomarudzi, bo nie kuma klimatów? Z drugiej strony jak ktoś może "czuć" jeździeckie klimaty, skoro nigdy nie podszedł do konia nawet do zasięgu pyska a jego życiową i największą pasją są robótki ręczne? Nie dogadamy się.
Druga strona medalu? Usłyszałam ostatnio od bliskiej, młodszej przyjaciółki, że mam fajnie, że rodzice nie mają już takiej kontroli nade mną. Fajnie, ale...Gdzie kończy się kontrola tam zaczynają się wymagania. Nie mogą mnie kontrolować, będą biadolić. Że mam uważać na tym koniu, czemu się nie uczę, po obiedzie nie pomyte, brudny kubek na biurku, śpisz cały dzień, z psem wyjdź rano...
Coraz częściej mówią mi per "pani", a ja nadal czuję się, jakbym miała 15 lat. Wszystkie sprawy muszę załatwiać sama, bo to głupio wlec "ogon". I co z tego, że mam ten dowód?
I tylko czasami się zastanawiam co bym wolała poświęcić - nie iść na nocną imprezę, czy nie musieć słuchać biadolenia, że mam prawie 20 lat i jestem stara dupa, a taka nieodpowiedzialna bałaganiara...
A propo's - Czy porządek świadczy o dorosłości?
*falabella - rasa miniaturowych koników do 75cm wzrostu w kłębie, nadaje się do ciągnięcia małych powozików, ujeżdżania przez malutkie dzieci, głównie jednak jest to rasa do towarzystwa.
Dlaczego właściwie dzisiaj taki temat? Zainspirowała mnie do tego pewna historia z "naszej" stajni.
Kiedy mam wolne (a ostatnio wolne mam praktycznie zawsze ;)) przesiaduję na Kleczewskiej i pomagam przy koniach dla przyjemności, własnego pożytku i ze zwyczajnej uprzejmości. Kiedy nie ma nic do roboty, obserwuję. Różne rzeczy widzę, ale to, co zobaczyłam ostatnio mnie nieco zszokowało. Na lekcje przyszły dwie dziewczynki w wieku - bo ja wiem - nie wyższym niż 8 lat. Znam je z widzenia, bo przychodzą w ten sam dzień, każdego tygodnia. Jedna z klaczy, która była zwykle brana na tą godzinę jest chora, więc instruktor była zmuszoną wziąć inną, nieco szaloną, ale to i tak był najlepszy wybór. Mimo, że przez jakiś czas wszystko przebiegało sprawnie, w pewnym momencie kobyłka się spłoszyła i mała poleciała z niej, odbiła się od słomy i wylądowała...prosto pod koniem. Ciemna przeleciała po niej, wszystko razem wyglądało masakrycznie. Tato przerażony, mała przerażona, ja też nieźle nabuzowana. Mało upadków widziałam, takie tylko na filmach. Usłyszałam, że mam iść po toczek i wsiąść na kobyłę. Do strachliwych nie należę, polazłam do siodlarni. Mała się pozbierała, ale własną łydkę razem ze sztylpą bym dała, że nie już więcej nie wsiądzie. Wchodzę do hali i kopara opadła - mała nie tylko ogarnięta na tyle, że jakoś się rusza i nic sobie nie połamała, to jeszcze co - siedzi! Jak dla mnie oczywiste, że zaraz po upadku, jeśli jesteś w stanie - wsiadasz, ale dzieciak w jej wieku rzadko kiedy ma taki charakterek.
Do czego piję. Podobała mi się postawa ojca - mała chciała wsiąść, pozwolił. Gdyby tylko w promieniu kilometra był sklep kupiłabym ojcu setkę i małej czekoladę, niestety do najbliższego godzina drogi. A gdyby było odwrotnie? Gdyby mała chciała wsiąść, ale nie dostałaby zgody? Ogromnie bym współczuła. Gdybym ja była w takiej sytuacji, przez resztę życia nie dopuściliby mnie nawet na metr od konia, chociażby to była nawet falabella*. Bo ja mam nadopiekuńczych rodziców.
Po ostatniej rozmowie z mamą po tym jak wyleciałam z siodła, stwierdziłam, że nie będę informować o żadnym przyszłym upadku. Moja rodzicielka najchętniej zabroniłaby mi, instruktorowi, a nawet koniowi galopować, nawet kłusować. Stwierdziła, że nie szanuję zdrowia (wat?). A co z moim zdrowiem psychicznym? Ale...
No właśnie plusem jest to, że mimo, że to ona płaci za moje lekcje i tak nie może mi nic zrobić. Nie może "z buta wjechać" na halę, zdjąć mnie z konia i zabrać do domu, bo mam 19 lat. A że sobie czasami pomarudzi, bo nie kuma klimatów? Z drugiej strony jak ktoś może "czuć" jeździeckie klimaty, skoro nigdy nie podszedł do konia nawet do zasięgu pyska a jego życiową i największą pasją są robótki ręczne? Nie dogadamy się.
Druga strona medalu? Usłyszałam ostatnio od bliskiej, młodszej przyjaciółki, że mam fajnie, że rodzice nie mają już takiej kontroli nade mną. Fajnie, ale...Gdzie kończy się kontrola tam zaczynają się wymagania. Nie mogą mnie kontrolować, będą biadolić. Że mam uważać na tym koniu, czemu się nie uczę, po obiedzie nie pomyte, brudny kubek na biurku, śpisz cały dzień, z psem wyjdź rano...
Coraz częściej mówią mi per "pani", a ja nadal czuję się, jakbym miała 15 lat. Wszystkie sprawy muszę załatwiać sama, bo to głupio wlec "ogon". I co z tego, że mam ten dowód?
I tylko czasami się zastanawiam co bym wolała poświęcić - nie iść na nocną imprezę, czy nie musieć słuchać biadolenia, że mam prawie 20 lat i jestem stara dupa, a taka nieodpowiedzialna bałaganiara...
A propo's - Czy porządek świadczy o dorosłości?
*falabella - rasa miniaturowych koników do 75cm wzrostu w kłębie, nadaje się do ciągnięcia małych powozików, ujeżdżania przez malutkie dzieci, głównie jednak jest to rasa do towarzystwa.
środa, 6 listopada 2013
o20. Wow. Uszanowanko. + o Dżizasie, dziwnym facecie i sztuce.
Po jakże długiej nieobecności, witam bardzo serdecznie wszystkich...
Po długiej nieobecności, witam...
Nieważne. Wróciłam z nadzieją, że ktoś będzie chciał czytać moje wypociny (czytaj: tak mi się nudzi, że zaraz meble sobie nowe wystrugam). Przyczyną mojej nudy jest fakt, że uciekłam do liceum zaocznego (tak, uciekłam, nie przeniosłam się), a wszyscy ludzie, albo mnie nie lubią, albo są daleko, albo są zajęci. Tak więc będę sobie skrobać dla zabicia czasu, w którym nie próbuję się uczyć o Platonie, komórkach i innych pierwiastkach.
Wszystko mi się obróciło o 360 stopni i jeszcze tego nie ogarnęłam. Zastanawiam się czasem, czy takie zmiany są dobre.
Koniec pieprzenia o niczym.
Oglądałam dzisiaj TV (sama się dziwię), a konkretniej wiadomości na kanale, który rządzi większością polskich lemingów. Zaabsorbował mnie reportaż o filmie, który zaprezentowano w jakiejś galerii, gdzieś w Polsce, a przeciw któremu żwawo protestują już Mohereczki. Film przedstawia osobnika płci męskiej, który robi jakieś dziwne rzeczy z krzyżem i Jezusem, oczywiście do krzyża przybitym. Tu coś tam całuje, tam coś dotyka, generalnie cholera wie, czy pedał, czy gorliwy katolik, albo co innego jeszcze. Moherki protestują, no bo jak to to? To sztuka ma być?! Sztuka musi mieć granice! A już mi z tym!
Jak dla mnie - sztuka to jest rzecz, o której się nie powinno dyskutować, a już na pewno nie powinny robić tego Mohery, bo dla nich sztuką jest wizerunek Matki Boskiej na ołtarzu (fuck...) i innej sztuki nie kojarzą (no może wyjątki jakieś są, ale nie wchodzę aż tak głęboko w tą społeczność). Bo im przeszkadza, że się ich uczucia religijne obraża. Coś mi się nie wydaje, żeby ten film cokolwiek obrażał, tym bardziej, że twórcą jest (podobno) gorliwy katolik. Owszem, prawo do protestu mają, niech sobie stoją i marzną, ale jak ja pójdę protestować, bo mi się przedstawienie Boga Ojca na ołtarzu nie spodoba, to mnie wywalą z hukiem. Taki to nasz świat sprawiedliwy... A mówili: Nie rób drugiemu co Tobie niemiłe!
Po długiej nieobecności, witam...
Nieważne. Wróciłam z nadzieją, że ktoś będzie chciał czytać moje wypociny (czytaj: tak mi się nudzi, że zaraz meble sobie nowe wystrugam). Przyczyną mojej nudy jest fakt, że uciekłam do liceum zaocznego (tak, uciekłam, nie przeniosłam się), a wszyscy ludzie, albo mnie nie lubią, albo są daleko, albo są zajęci. Tak więc będę sobie skrobać dla zabicia czasu, w którym nie próbuję się uczyć o Platonie, komórkach i innych pierwiastkach.
Wszystko mi się obróciło o 360 stopni i jeszcze tego nie ogarnęłam. Zastanawiam się czasem, czy takie zmiany są dobre.
Koniec pieprzenia o niczym.
Oglądałam dzisiaj TV (sama się dziwię), a konkretniej wiadomości na kanale, który rządzi większością polskich lemingów. Zaabsorbował mnie reportaż o filmie, który zaprezentowano w jakiejś galerii, gdzieś w Polsce, a przeciw któremu żwawo protestują już Mohereczki. Film przedstawia osobnika płci męskiej, który robi jakieś dziwne rzeczy z krzyżem i Jezusem, oczywiście do krzyża przybitym. Tu coś tam całuje, tam coś dotyka, generalnie cholera wie, czy pedał, czy gorliwy katolik, albo co innego jeszcze. Moherki protestują, no bo jak to to? To sztuka ma być?! Sztuka musi mieć granice! A już mi z tym!
Jak dla mnie - sztuka to jest rzecz, o której się nie powinno dyskutować, a już na pewno nie powinny robić tego Mohery, bo dla nich sztuką jest wizerunek Matki Boskiej na ołtarzu (fuck...) i innej sztuki nie kojarzą (no może wyjątki jakieś są, ale nie wchodzę aż tak głęboko w tą społeczność). Bo im przeszkadza, że się ich uczucia religijne obraża. Coś mi się nie wydaje, żeby ten film cokolwiek obrażał, tym bardziej, że twórcą jest (podobno) gorliwy katolik. Owszem, prawo do protestu mają, niech sobie stoją i marzną, ale jak ja pójdę protestować, bo mi się przedstawienie Boga Ojca na ołtarzu nie spodoba, to mnie wywalą z hukiem. Taki to nasz świat sprawiedliwy... A mówili: Nie rób drugiemu co Tobie niemiłe!
czwartek, 20 grudnia 2012
o19. Na dobre i na sukces, czyli tasiemce.
Jutro koniec świata, spamerzy spamują, hejterzy hejtują spamujących spamerów, a inni hejterzy hejtują hejterów hejtujących spamujących spamerów. Chyba przesadziłam z tym syropkiem, ale co tam, przynajmniej nie kaszlę :P.
A ja będę dzisiaj hejtować seriale.
Od jakiegoś czasu niezbyt widuję coś takiego, jak telewizor, bo mam niestrawność po jedzeniu tej papki, którą się tam podaje, więc staram się tego nie tykać. Co jest ciężkie, biorąc pod uwagę to, że w drugim pokoju TV napieprza 24/7 i będzie napieprzać nawet po końcu świata. I w kółko rzucają mi się w oczy księża popierdzielający na rowerze, śmiejący się Kacper Boski, jakaś babka zawijająca w szpilkach po górach, obsługa hotelu 52 (WTF? Skąd oni wytrzasnęli tą nazwę?!), oraz całe stado lekarzy i innego personelu medycznego. A no i owczarek niemiecki skaczący przez okna. Już o tych dziwnych ludziach z ulicy Wspólnej, czy tam innej to nie wspomnę. Codziennie poznaję "Ukrytą prawdę" i pytam siebie "Dlaczego ja", po czym stwierdzam, że to są zbyt "Trudne sprawy" i na pocieszenie czytam "Pamiętniki z wakacji". Bo w drugim pokoju telewizor jest jedyną poznaną przez zamieszkany lud rozrywką i nadaje wszystko, jak leci. Ale to inny temat.
Co jest fajnego/rozwijającego/przyjemnego/dobrego w oglądaniu tasiemców?
Ja też nie wiem.
Pokazują nam ludzi jeżdżących CODZIENNIE taksówką do pracy ("Rodzinka.pl"-Natalia Boska), na wyraz inteligentne zwierzęta ("Komisarz Alex"), miasta w których przestępczość przekroczyła nawet amerykańskie rekordy ("Ojciec Mateusz"), ludzi umierających w dziwnych okolicznościach ("M jak miłosć"), poginających po chacie w wyjściowych buciorach, budzących się w pełnej tapecie na buźce (y...wszędzie i wszyscy). Poza tym jeśli mówimy o serialach typu "Rodzinka.pl", czy jej starsza siostra - "Rodzina zastępcza", to czy ci ludzie nie są jakby nadmiernie szczęśliwi i bogaci? Nawet nie wspominam o tym jakże popularnym serialu gdzie wszyscy byli już w związkach ze wszystkimi. A już najbardziej lubię w tasiemcach mijający czas. W ciągu pięciu odcinków rodzi się multum dzieci i co najmniej trzech bohaterów umiera, albo wyjeżdża za granicę. Po roku nieoglądania trafiłam na swój niegdyś ulubiony serial i spytałam na głos "Gdzie są ci ludzie? I od kiedy Leśna Góra wygląda...tak?! A ci wszyscy to kto?". Największy w historii przewrót majowy. "Na dobre i na złe" ma dziwnych reżyserów. Jak po pięciu latach rzucił mi się na oczy "Klan" to nadal był Rysiu, ten cały pan doktor z żoną i jego dziwny kolega "wrzeczysamej", oraz jego żona "absolutnie!" no i ta moja ulubiona kobitka od "omatkoty...!". Nie rozumiem tego, ale zostawmy ten wątek.
Super są seriale paradokumentalne. Jedna kobieta gra córkę i żonę, są intrygi, jest akcja, oj dzieje się, dzieje! Ta romantyczna miłość Dariusza i Karoliny, ten straszny przypadek pomylenia sedesu z bidetem, jakiś wampir, no i spektakularna Beata i jej mięsny jeż. Po co u licha ludzie to oglądają?
Zostawiam Was z pytaniem na ustach i idę prasować obrus, co by było na czym jeść na wigilii klasowej.
A ja będę dzisiaj hejtować seriale.
Od jakiegoś czasu niezbyt widuję coś takiego, jak telewizor, bo mam niestrawność po jedzeniu tej papki, którą się tam podaje, więc staram się tego nie tykać. Co jest ciężkie, biorąc pod uwagę to, że w drugim pokoju TV napieprza 24/7 i będzie napieprzać nawet po końcu świata. I w kółko rzucają mi się w oczy księża popierdzielający na rowerze, śmiejący się Kacper Boski, jakaś babka zawijająca w szpilkach po górach, obsługa hotelu 52 (WTF? Skąd oni wytrzasnęli tą nazwę?!), oraz całe stado lekarzy i innego personelu medycznego. A no i owczarek niemiecki skaczący przez okna. Już o tych dziwnych ludziach z ulicy Wspólnej, czy tam innej to nie wspomnę. Codziennie poznaję "Ukrytą prawdę" i pytam siebie "Dlaczego ja", po czym stwierdzam, że to są zbyt "Trudne sprawy" i na pocieszenie czytam "Pamiętniki z wakacji". Bo w drugim pokoju telewizor jest jedyną poznaną przez zamieszkany lud rozrywką i nadaje wszystko, jak leci. Ale to inny temat.
Co jest fajnego/rozwijającego/przyjemnego/dobrego w oglądaniu tasiemców?
Ja też nie wiem.
Pokazują nam ludzi jeżdżących CODZIENNIE taksówką do pracy ("Rodzinka.pl"-Natalia Boska), na wyraz inteligentne zwierzęta ("Komisarz Alex"), miasta w których przestępczość przekroczyła nawet amerykańskie rekordy ("Ojciec Mateusz"), ludzi umierających w dziwnych okolicznościach ("M jak miłosć"), poginających po chacie w wyjściowych buciorach, budzących się w pełnej tapecie na buźce (y...wszędzie i wszyscy). Poza tym jeśli mówimy o serialach typu "Rodzinka.pl", czy jej starsza siostra - "Rodzina zastępcza", to czy ci ludzie nie są jakby nadmiernie szczęśliwi i bogaci? Nawet nie wspominam o tym jakże popularnym serialu gdzie wszyscy byli już w związkach ze wszystkimi. A już najbardziej lubię w tasiemcach mijający czas. W ciągu pięciu odcinków rodzi się multum dzieci i co najmniej trzech bohaterów umiera, albo wyjeżdża za granicę. Po roku nieoglądania trafiłam na swój niegdyś ulubiony serial i spytałam na głos "Gdzie są ci ludzie? I od kiedy Leśna Góra wygląda...tak?! A ci wszyscy to kto?". Największy w historii przewrót majowy. "Na dobre i na złe" ma dziwnych reżyserów. Jak po pięciu latach rzucił mi się na oczy "Klan" to nadal był Rysiu, ten cały pan doktor z żoną i jego dziwny kolega "wrzeczysamej", oraz jego żona "absolutnie!" no i ta moja ulubiona kobitka od "omatkoty...!". Nie rozumiem tego, ale zostawmy ten wątek.
Super są seriale paradokumentalne. Jedna kobieta gra córkę i żonę, są intrygi, jest akcja, oj dzieje się, dzieje! Ta romantyczna miłość Dariusza i Karoliny, ten straszny przypadek pomylenia sedesu z bidetem, jakiś wampir, no i spektakularna Beata i jej mięsny jeż. Po co u licha ludzie to oglądają?
Zostawiam Was z pytaniem na ustach i idę prasować obrus, co by było na czym jeść na wigilii klasowej.
środa, 19 grudnia 2012
o18. All I want for Christmas is spokój...
Na serio, taki porządny święty spokój.
Miała być choinka. Nie ma. Miała być jemioła. Nie ma i chyba nie będzie. Miał być śnieg. Nie ma. Miałam schudnąć. Przytyłam. Miało być fajnie i rewelacyjnie. A jest, w dupę jeża, źle.
A na to wszystko chodzę zasmarkana i mam problem natury społecznej.
A święta w poniedziałek. Piątkowa apokalipsa to podobno bujda na resorach, więc nie ma na co liczyć.
Chciałabym być o jakieś 12 lat młodsza i żeby moim jedynym problemem było to, gdzie rodzice schowali prezenty i czy karp w tym roku będzie dobry i mało ościsty.
A teraz mam stoi innych problemów i kupę kurzu dosłownie w każdym miejscu w moim pokoju. Mamcia twierdzi, że najlepszym sposobem na zły humor jest sprzątanie. Jak ja zacznę sprzątać, to rozwalę pół domu. Dobra, może jednak posprzątam.
Wesołej przedświątecznej gorączki.
I kupcie dobrego karpia.
Miała być choinka. Nie ma. Miała być jemioła. Nie ma i chyba nie będzie. Miał być śnieg. Nie ma. Miałam schudnąć. Przytyłam. Miało być fajnie i rewelacyjnie. A jest, w dupę jeża, źle.
A na to wszystko chodzę zasmarkana i mam problem natury społecznej.
A święta w poniedziałek. Piątkowa apokalipsa to podobno bujda na resorach, więc nie ma na co liczyć.
Chciałabym być o jakieś 12 lat młodsza i żeby moim jedynym problemem było to, gdzie rodzice schowali prezenty i czy karp w tym roku będzie dobry i mało ościsty.
A teraz mam stoi innych problemów i kupę kurzu dosłownie w każdym miejscu w moim pokoju. Mamcia twierdzi, że najlepszym sposobem na zły humor jest sprzątanie. Jak ja zacznę sprzątać, to rozwalę pół domu. Dobra, może jednak posprzątam.
Wesołej przedświątecznej gorączki.
I kupcie dobrego karpia.
poniedziałek, 10 grudnia 2012
o17. Dziwny post o charakterze egzystencjonalnym
Włączyłam sobie Tatu i przeczytałam całego bloga.
Nie, nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Po prostu miałam zajęcie na jakieś 10 minut :)
Siedzę i próbuję się zebrać w sobie, żeby napisać o kilku ważnych rzeczach, które poniekąd w magiczny sposób utrudniają mi życie, ale im bardziej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to głupie i egoistyczne. Więc, przykro mi, ale nie będzie posta o moich problemach psychicznych (ale na przyszłość radzę zapamiętać, że jestem kopnięta, to Wam może uratować życie ;)).
Mam dzisiaj średnio dobry dzień i jedyna rzecz, która mnie cieszy, to to, że mój pies reaguje na śnieg tak samo, jak ja. Czyli jak idiota, który zobaczył bateryjkę. Bo reszta domowników chodzi i zrzędzi jakby byli starsi o co najmniej 40 lat. Ocieć zrzędzi, że nie ma pieniędzy i pracy. Mamcia zrzędzi, że ma pracę, ale nie ma pieniędzy, między tym zrzędzeniem truje mi głowę, że nie pokazuję jej zawartości mojego bloga i Fejsa (heloł?!) i dzierga bombki. Dzierga i dzierga i dzierga, a Ocieć ogląda w TV wszystko jak leci.
Dobra, skoro ludzie się składają na kasę dla chorych dzieci, to niech ktoś mi się zrzuci na testy DNA? Bo ja muszę mieć pewność, że ja jestem dzieckiem swoich rodziców. Bo to mi się wydaje mało możliwe. Chociaż mówią, że ni ch*j, bo jestem za podobna :|. Nie żebym była pustakiem, ale jakim cudem ja jestem dzieckiem dwóch w taki cholernie ogromny sposób ograniczonych ludzi?!
Zaraz się zamknę w sobie i będę rozmawiała ze swoim wnętrzem, bo nie ma z kim (Dżeki po minucie mojego monologu uśmiecha się jak debil i drepta gdzieś, po czym wraca z piłką, czy innym swoim instrumentem roboczym. Chociaż on nie udaje, że mnie rozumie, albo, że chce zrozumieć). Chociaż kurde, mnie się nie da zrozumieć, więc czego ja chcę?
No dobra, nie da się, ale kilka osób jest blisko celu ;). Ale te osoby ze mną nie mieszkają, ku mojej rozpaczy :|. Niedługo zacznę sobie wymyślać ludzi i z nimi gadać. Bo do siebie, to już gadam :D. Polecam, fajne uczucie ;)
Mam ochotę kupić sobie siekierkę i kogoś zaciupać. Wsadzą mnie do wariatkowa i będę się utrzymywała za wasze podatki.
Przed chwilą oberwałam za dobitne wyrażenie swojej dezaprobaty wobec Oćća, któremu się nie podoba słuchana przeze mnie muzyka(generalizując - wyśmiał ją). Powiedziałam to, co każdy Polak by powiedział i usłyszałam, że jestem niewychowana.
Ta, jak oni się kłócą i mają takie słowa jako przecinki to ja NIC nie mogę powiedzieć.
Wierzcie mi ,w psychiatryku jest normalniej, niż u mnie w domu. (Kusia potwierdzi!).
Wracając do siekierki, jutro mam historię. Świetna okazja, tylko nie zdążę z siekierką :(. Psyklo.
Co do słuchania Tatu - wiecie, że one nie były lesbijkami? To był pomysł jakiegoś niespełnionego psychologa, który był ich managerem. Udawanie uczuć między nimi miało służyć wywoływaniu większego szumu wokół. Mi się wydaje, że to było trochę eksperymentatorskie i szkoda, że ten pan nie napisał na ten temat pracy doktorskiej, no ale cóż. A tak na serio, to czy ktokolwiek wie, o czym one śpiewają? Nie, bo nikomu się nie chce tego tłumaczyć i lepiej słuchać papki o tym jaki styl ma zespół Psy, albo o Telo, który poszedł na imprezę. Gratuluję, jesteście super.
I potem mnie nikt nie rozumie. Bo mówię o rzeczach nie z tego świata. Gdybym na dokładkę zaserwowała informację o tym, że lubię oglądać flaki i jeść przy tym tosty, przy moim porodzie ginekolog uciekł z sali i mam fobię szkolną, poza tym twierdzę, że Titanic nadal płynie, to...
No właśnie, co?
Poza tym coraz bardziej zaczynam wierzyć w katolickiego boga, bo tylko on mógł wymyślić takie dziwadło jak ja.
Amen.
I na koniec, już prawie tradycyjnie, dobra muzyka :)
Nie, nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Po prostu miałam zajęcie na jakieś 10 minut :)
Siedzę i próbuję się zebrać w sobie, żeby napisać o kilku ważnych rzeczach, które poniekąd w magiczny sposób utrudniają mi życie, ale im bardziej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to głupie i egoistyczne. Więc, przykro mi, ale nie będzie posta o moich problemach psychicznych (ale na przyszłość radzę zapamiętać, że jestem kopnięta, to Wam może uratować życie ;)).
Mam dzisiaj średnio dobry dzień i jedyna rzecz, która mnie cieszy, to to, że mój pies reaguje na śnieg tak samo, jak ja. Czyli jak idiota, który zobaczył bateryjkę. Bo reszta domowników chodzi i zrzędzi jakby byli starsi o co najmniej 40 lat. Ocieć zrzędzi, że nie ma pieniędzy i pracy. Mamcia zrzędzi, że ma pracę, ale nie ma pieniędzy, między tym zrzędzeniem truje mi głowę, że nie pokazuję jej zawartości mojego bloga i Fejsa (heloł?!) i dzierga bombki. Dzierga i dzierga i dzierga, a Ocieć ogląda w TV wszystko jak leci.
Dobra, skoro ludzie się składają na kasę dla chorych dzieci, to niech ktoś mi się zrzuci na testy DNA? Bo ja muszę mieć pewność, że ja jestem dzieckiem swoich rodziców. Bo to mi się wydaje mało możliwe. Chociaż mówią, że ni ch*j, bo jestem za podobna :|. Nie żebym była pustakiem, ale jakim cudem ja jestem dzieckiem dwóch w taki cholernie ogromny sposób ograniczonych ludzi?!
Zaraz się zamknę w sobie i będę rozmawiała ze swoim wnętrzem, bo nie ma z kim (Dżeki po minucie mojego monologu uśmiecha się jak debil i drepta gdzieś, po czym wraca z piłką, czy innym swoim instrumentem roboczym. Chociaż on nie udaje, że mnie rozumie, albo, że chce zrozumieć). Chociaż kurde, mnie się nie da zrozumieć, więc czego ja chcę?
No dobra, nie da się, ale kilka osób jest blisko celu ;). Ale te osoby ze mną nie mieszkają, ku mojej rozpaczy :|. Niedługo zacznę sobie wymyślać ludzi i z nimi gadać. Bo do siebie, to już gadam :D. Polecam, fajne uczucie ;)
Mam ochotę kupić sobie siekierkę i kogoś zaciupać. Wsadzą mnie do wariatkowa i będę się utrzymywała za wasze podatki.
Przed chwilą oberwałam za dobitne wyrażenie swojej dezaprobaty wobec Oćća, któremu się nie podoba słuchana przeze mnie muzyka(generalizując - wyśmiał ją). Powiedziałam to, co każdy Polak by powiedział i usłyszałam, że jestem niewychowana.
Ta, jak oni się kłócą i mają takie słowa jako przecinki to ja NIC nie mogę powiedzieć.
Wierzcie mi ,w psychiatryku jest normalniej, niż u mnie w domu. (Kusia potwierdzi!).
Wracając do siekierki, jutro mam historię. Świetna okazja, tylko nie zdążę z siekierką :(. Psyklo.
Co do słuchania Tatu - wiecie, że one nie były lesbijkami? To był pomysł jakiegoś niespełnionego psychologa, który był ich managerem. Udawanie uczuć między nimi miało służyć wywoływaniu większego szumu wokół. Mi się wydaje, że to było trochę eksperymentatorskie i szkoda, że ten pan nie napisał na ten temat pracy doktorskiej, no ale cóż. A tak na serio, to czy ktokolwiek wie, o czym one śpiewają? Nie, bo nikomu się nie chce tego tłumaczyć i lepiej słuchać papki o tym jaki styl ma zespół Psy, albo o Telo, który poszedł na imprezę. Gratuluję, jesteście super.
I potem mnie nikt nie rozumie. Bo mówię o rzeczach nie z tego świata. Gdybym na dokładkę zaserwowała informację o tym, że lubię oglądać flaki i jeść przy tym tosty, przy moim porodzie ginekolog uciekł z sali i mam fobię szkolną, poza tym twierdzę, że Titanic nadal płynie, to...
No właśnie, co?
Poza tym coraz bardziej zaczynam wierzyć w katolickiego boga, bo tylko on mógł wymyślić takie dziwadło jak ja.
Amen.
I na koniec, już prawie tradycyjnie, dobra muzyka :)
wtorek, 27 listopada 2012
o16. "I can't wait for Christmas"
Zaczęło się.
Nie, nie koniec świata.
Święta Bożego Narodzenia się zaczęły!
Ze sklepowych półek dawno już poznikały znicze, więc mamy choineczki, reniferki, mikołajki, misie polarne, aniołki i inne duperele.
Dobra, może ja mam odpały i słucham kolęd we wrześniu. Ale czy inni też mają mieć odpały i wystawiać ozdoby choinkowe na samym początku listopada? Jakiś czas temu ni Chińczyka nie mogłam zrozumieć tego systemu, ale w tym roku coś mi się zapaliło w moim ociężałym umyśle i mnie olśniło. Przecież to jasne, jak słońce - jak wystawimy wcześniej, będziemy mieli przewagę - kupią u nas, to potem u konkurencji już nie. Im wcześniej, tym większa przewaga. Sprytnie, co?
Tylko ci wszyscy spryciarze psują nam Święta wyskakując ponad miesiąc wcześniej z całą tą swoją tandetą. Bo ile można oglądać tych choineczek, bombeczek i światełek?! Ja rozumie, mamy kryzys, bla, bla, bla, ale to naprawdę nie jest, kurde, fajne. No ale, ale, żyjemy w dziwnym kraju nad Wisłą...
Poza tym, przydałby się jakiś śnieg. ŚNIEG, a nie DESZCZ.
Co do końca świata - muszę w tym roku ubrać wcześniej choinkę. No bo co, ja choinki nie ubiorę, zanim umrę?! Tragedia narodowa na miarę Smoleńska. A tam, nie będzie końca świata. Majom się po prostu głaz czy co tam innego skończyło, a my się przejmujemy. Trochę by było szkoda nie podejść do matury...(chociaż moja i tak jest pod znakiem zapytania...). No i nie pojadę na Sylwestra w góry. Jak mawia kolega mój, Jakub "Smutek w moim sercu, łzy w moich oczach".
A teroz, panocki, posłuchomy se dobryj muzycki! (i pomodlimy się o ŚNIEG (nie o DESZCZ))
Nie, nie koniec świata.
Święta Bożego Narodzenia się zaczęły!
Ze sklepowych półek dawno już poznikały znicze, więc mamy choineczki, reniferki, mikołajki, misie polarne, aniołki i inne duperele.
Dobra, może ja mam odpały i słucham kolęd we wrześniu. Ale czy inni też mają mieć odpały i wystawiać ozdoby choinkowe na samym początku listopada? Jakiś czas temu ni Chińczyka nie mogłam zrozumieć tego systemu, ale w tym roku coś mi się zapaliło w moim ociężałym umyśle i mnie olśniło. Przecież to jasne, jak słońce - jak wystawimy wcześniej, będziemy mieli przewagę - kupią u nas, to potem u konkurencji już nie. Im wcześniej, tym większa przewaga. Sprytnie, co?
Tylko ci wszyscy spryciarze psują nam Święta wyskakując ponad miesiąc wcześniej z całą tą swoją tandetą. Bo ile można oglądać tych choineczek, bombeczek i światełek?! Ja rozumie, mamy kryzys, bla, bla, bla, ale to naprawdę nie jest, kurde, fajne. No ale, ale, żyjemy w dziwnym kraju nad Wisłą...
Poza tym, przydałby się jakiś śnieg. ŚNIEG, a nie DESZCZ.
Co do końca świata - muszę w tym roku ubrać wcześniej choinkę. No bo co, ja choinki nie ubiorę, zanim umrę?! Tragedia narodowa na miarę Smoleńska. A tam, nie będzie końca świata. Majom się po prostu głaz czy co tam innego skończyło, a my się przejmujemy. Trochę by było szkoda nie podejść do matury...(chociaż moja i tak jest pod znakiem zapytania...). No i nie pojadę na Sylwestra w góry. Jak mawia kolega mój, Jakub "Smutek w moim sercu, łzy w moich oczach".
A teroz, panocki, posłuchomy se dobryj muzycki! (i pomodlimy się o ŚNIEG (nie o DESZCZ))
środa, 10 października 2012
o15. Tak mi smutno, tak mi źle, jak cię nie ma na FB!
Dzisiaj będzie na temat, który wkurza mnie już dosyć długo.
Hejterzy Facebooka.
Znaaaacie. Nie mówcie, że nie.
"Fejs to pożeracz czasu, nie masz tylu znajomych w realu, żyjesz w świecie, którego nie ma, bla bla bla"
Wiecie co? Wypchajcie się.
Jestem biedna, moi znajomi są biedni, nie stać nas na rozmowy i SMS'y, mamy do siebie daleko, to co, mamy olać fejsa i tym samym siebie nawzajem, bo nie możemy się spotkać w realu ani pogadać przez telefon?! Do k***y nędzy, zastanówcie się.
Przepraszam za użycie tego strasznego czasownika jakim jest "zastanowić się". Wiem, zgorszyłam Was.
Nie zabraniam nikomu żyć bez fejsa, czy w jakikolwiek inny sposób. Ale do cholery, nie róbcie z tego religii i nie pukajcie do drzwi mojego rozumu jak Świadkowie Jehowy!
Eeee...A może to działa w inny sposób, hę? Odeszli od fejsa, a teraz szukają znajomych w realu i mają z tym problem, więc zmuszają innych do robienia tego samego?
Sam Pan Bóg raczy wiedzieć, o co tym ludziom chodzi. Bo nie wierzę, że oni chcą poprawić mój byt, bo świat jest na to za chamski. Facebooka chcą zniszczyć? Ludzi wkurzać? Gospodarkę zawalić?
Nie wiem.
Sprawa numer dwa.
Lubienie swojego statusu. Cholera, jak coś lubię, to będę to lubiła. Opublikuję sobie cytat z ulubionej książki, to co w tym złego, że lubię? Jak bym nie lubiła to bym nie publikowała!
Inna rzecz - sam status. Pamiętacie jeszcze czasu Gadu - Gadu? Tam też było coś takiego jak STATUS i można było sobie w tym STATUSIE napisać "Smutno mi, średnik nawias" i jakoś nikt się do tego nie przywalał, więc dlaczego teraz w STATUSIE na fejsie nie mogę sobie napisać "Mam zły dzień, wszystko jest do kitu", bo zaraz dostanę komentarz "Wzruszyła mnie twoja historia", albo "To bardzo ciekawe!". Tak się czuję, więc tak sobie ustawiam, tak mi się podoba i już. Bo może potrzebuję jakiejś pociechy od kogoś życzliwego, a nie głupich komentarzy? Albo potrzebuję spokoju? Albo mam potrzebę powiedzenia całemu światu, że mam zły humor?! Albo cokolwiek?!
Ludzie. Apeluję do waszych piątych klepek. Uruchomcie je, przydają się. Naprawdę. Może macie do tego jakiś guziczek (może akurat w innej części ciała niż głowa), albo jak walniecie głową w coś to się włączy, albo może poproście (lub nie prośbie, może sam się nawinie) kogo, niech Wam przywali. Ale włączcie myślenie. Logiczne, nie jakieś takie nijakie. Będę wdzięczna. A i jeszcze jedno...
Jak macie się wpierdalać to w swoje życie.
Dziękuję, dobranoc.
Hejterzy Facebooka.
Znaaaacie. Nie mówcie, że nie.
"Fejs to pożeracz czasu, nie masz tylu znajomych w realu, żyjesz w świecie, którego nie ma, bla bla bla"
Wiecie co? Wypchajcie się.
Jestem biedna, moi znajomi są biedni, nie stać nas na rozmowy i SMS'y, mamy do siebie daleko, to co, mamy olać fejsa i tym samym siebie nawzajem, bo nie możemy się spotkać w realu ani pogadać przez telefon?! Do k***y nędzy, zastanówcie się.
Przepraszam za użycie tego strasznego czasownika jakim jest "zastanowić się". Wiem, zgorszyłam Was.
Nie zabraniam nikomu żyć bez fejsa, czy w jakikolwiek inny sposób. Ale do cholery, nie róbcie z tego religii i nie pukajcie do drzwi mojego rozumu jak Świadkowie Jehowy!
Eeee...A może to działa w inny sposób, hę? Odeszli od fejsa, a teraz szukają znajomych w realu i mają z tym problem, więc zmuszają innych do robienia tego samego?
Sam Pan Bóg raczy wiedzieć, o co tym ludziom chodzi. Bo nie wierzę, że oni chcą poprawić mój byt, bo świat jest na to za chamski. Facebooka chcą zniszczyć? Ludzi wkurzać? Gospodarkę zawalić?
Nie wiem.
Sprawa numer dwa.
Lubienie swojego statusu. Cholera, jak coś lubię, to będę to lubiła. Opublikuję sobie cytat z ulubionej książki, to co w tym złego, że lubię? Jak bym nie lubiła to bym nie publikowała!
Inna rzecz - sam status. Pamiętacie jeszcze czasu Gadu - Gadu? Tam też było coś takiego jak STATUS i można było sobie w tym STATUSIE napisać "Smutno mi, średnik nawias" i jakoś nikt się do tego nie przywalał, więc dlaczego teraz w STATUSIE na fejsie nie mogę sobie napisać "Mam zły dzień, wszystko jest do kitu", bo zaraz dostanę komentarz "Wzruszyła mnie twoja historia", albo "To bardzo ciekawe!". Tak się czuję, więc tak sobie ustawiam, tak mi się podoba i już. Bo może potrzebuję jakiejś pociechy od kogoś życzliwego, a nie głupich komentarzy? Albo potrzebuję spokoju? Albo mam potrzebę powiedzenia całemu światu, że mam zły humor?! Albo cokolwiek?!
Ludzie. Apeluję do waszych piątych klepek. Uruchomcie je, przydają się. Naprawdę. Może macie do tego jakiś guziczek (może akurat w innej części ciała niż głowa), albo jak walniecie głową w coś to się włączy, albo może poproście (lub nie prośbie, może sam się nawinie) kogo, niech Wam przywali. Ale włączcie myślenie. Logiczne, nie jakieś takie nijakie. Będę wdzięczna. A i jeszcze jedno...
Jak macie się wpierdalać to w swoje życie.
Dziękuję, dobranoc.
piątek, 5 października 2012
o14. Cingciungniungtatungakamkam opa gangnam stajl!
Po świetlistym czasie "Nosa nosa..." mamy nowy hit.
Jest tak świetny, że nie da się go przerobić na misheard, nad czym boleję. Jest też tak świetny, że nikt nic z niego nie rozumie. "Nosa..." miało fabułę : poszedł na imprezkę, spotkał laskę, chciał ją złapać, ale nie mógł. A "Gangnam Style" ma...cóż, ma "Gangnam Style". I nic poza tym. I do tego powtórzone tyle razy, że mój mózg robi się breją. To już wolałam Gotye bolejącego nad tym, że kogoś znał i już nie zna, czy Telo, chcącego złapać laskę.
Cholera, może to się wkręca. Cholera, może przy tym się można bawić w klubie.
Ale dlaczego tego słuchać?!
Dobra. Słuchanie, słuchaniem. Ale widzenie w tym jakiejś wartości to już przesada.
Nie chciałabym się obudzić któregoś dnia i stwierdzić, że jakiś Azjata w śmiesznych okularkach pożarł doszczętnie Chopina, Mozarta, czy choćby Epicę, czy cokolwiek innego!
1sze miejsce na liśćie Jutuba. To już gość od amelinium jest bardziej sensowny! Przynajmniej wiemy jak malować traktor, ludzie!
Czuję się tak zgorszona jakby mi ktoś podał spaghetti bolognese z niedogotowanym makaronem i bez mięsa.
Czy Jutube nie miało przypadkiem służyć promowaniu ludzi o większych aparycjach niż Psy, Telo, albo Tacabro (ten od jakże mądrego i posiadającego przesłanie hitu "Tacata").
Z żałości pójdę na jakiś kierunek techniczny i zostanę żeńską wersją Jigsaw'a.
Jest tak świetny, że nie da się go przerobić na misheard, nad czym boleję. Jest też tak świetny, że nikt nic z niego nie rozumie. "Nosa..." miało fabułę : poszedł na imprezkę, spotkał laskę, chciał ją złapać, ale nie mógł. A "Gangnam Style" ma...cóż, ma "Gangnam Style". I nic poza tym. I do tego powtórzone tyle razy, że mój mózg robi się breją. To już wolałam Gotye bolejącego nad tym, że kogoś znał i już nie zna, czy Telo, chcącego złapać laskę.
Cholera, może to się wkręca. Cholera, może przy tym się można bawić w klubie.
Ale dlaczego tego słuchać?!
Dobra. Słuchanie, słuchaniem. Ale widzenie w tym jakiejś wartości to już przesada.
Nie chciałabym się obudzić któregoś dnia i stwierdzić, że jakiś Azjata w śmiesznych okularkach pożarł doszczętnie Chopina, Mozarta, czy choćby Epicę, czy cokolwiek innego!
1sze miejsce na liśćie Jutuba. To już gość od amelinium jest bardziej sensowny! Przynajmniej wiemy jak malować traktor, ludzie!
Czuję się tak zgorszona jakby mi ktoś podał spaghetti bolognese z niedogotowanym makaronem i bez mięsa.
Czy Jutube nie miało przypadkiem służyć promowaniu ludzi o większych aparycjach niż Psy, Telo, albo Tacabro (ten od jakże mądrego i posiadającego przesłanie hitu "Tacata").
Z żałości pójdę na jakiś kierunek techniczny i zostanę żeńską wersją Jigsaw'a.
poniedziałek, 24 września 2012
o13. Szkoła uczuć
Czego nas uczą w szkole? Czytania dzieł Mickiewicza, reakcji chemicznych, ,,spik po inglisz", robienia tabeli w Wordzie i innych bzdet. I wszystko to mamy "prawie gratis". W polskich placówkach oświatowych mamy więc szeroki wachlarz możliwości rzeczy do nauczenia. Tylko dlaczego nie dają nam szansy na uczenie się siebie i innych?
Polskie szkoły ograniczają się tylko do standardów, a co najwyżej przedmiotów typu WDŻ, na których to oglądamy te wszystkie niskobudżetowe filmy o aparycji "Ukrytej Prawdy", w których jeden aktor gra ćpuna, potem dresa, a w końcu ofiarę napaści, aż się człowiekowi gotuje we łbie i wydaje mu się, że ćpun zaćpał tak, że wydawało mu się, że jest dresem, a na końcu go napadli. Filmy te pokazują nam skutki palenia, picia, czy przygodnego seksu (tak, napisałam seksu). A ja się pytam, dlaczego nikt nie uczy nas, jak mamy panować nad własnymi emocjami, żebyśmy nie musieli szukać pocieszenia z butelką/papierosem/jointem/dziwką/alfonsem u boku?! Dlaczego nikt nie uczy nas trudnego alfabetu emocji, w którym się gubimy?
Oczywiście w Polsce nie można, za to w USA - owszem. Skuteczne programy przeprowadzone już w szkołach podstawowych. Lepsze kontakty z rówieśnikami, asertywność, samokontrola, mniej agresji. Prawda, że brzmi całkiem nieźle? Może przy wczesnym stosowaniu takich programów obyłoby się bez tych głupawych filmów? Bo człowiek asertywny nie sięgnie po dragi, bo będzie umiał odmówić. Bo jak dres będzie panował nad agresją, to ktoś nie dostanie po mordzie.
Trudno to powiedzieć za nas wszystkich, młodych, gniewnych i samodzielnych, ale muszę: Sami się życia nie nauczymy. A jeśli znajdziemy się w miejscu, które uczy nas tzw" zasady twardego tyłka", to nauczą nas tak żyć, żebyśmy prędzej, czy później pasożytowali w kiciu za pieniądze podatników. Tym bardziej, że często pomocy znikąd nie chcemy, albo co gorsza - jest za późno.
Dobrze by było, żeby ktoś pomyślał. Bo na dzieciaków z podstawówki patrzy się coraz gorzej. Ja patrzę i pytam - "Narodzie, gdzież przyszłość twa?!"
Aż mi się gotuje odpowiedź. Ale chyba już dosyć nabluźniłam?
Polskie szkoły ograniczają się tylko do standardów, a co najwyżej przedmiotów typu WDŻ, na których to oglądamy te wszystkie niskobudżetowe filmy o aparycji "Ukrytej Prawdy", w których jeden aktor gra ćpuna, potem dresa, a w końcu ofiarę napaści, aż się człowiekowi gotuje we łbie i wydaje mu się, że ćpun zaćpał tak, że wydawało mu się, że jest dresem, a na końcu go napadli. Filmy te pokazują nam skutki palenia, picia, czy przygodnego seksu (tak, napisałam seksu). A ja się pytam, dlaczego nikt nie uczy nas, jak mamy panować nad własnymi emocjami, żebyśmy nie musieli szukać pocieszenia z butelką/papierosem/jointem/dziwką/alfonsem u boku?! Dlaczego nikt nie uczy nas trudnego alfabetu emocji, w którym się gubimy?
Oczywiście w Polsce nie można, za to w USA - owszem. Skuteczne programy przeprowadzone już w szkołach podstawowych. Lepsze kontakty z rówieśnikami, asertywność, samokontrola, mniej agresji. Prawda, że brzmi całkiem nieźle? Może przy wczesnym stosowaniu takich programów obyłoby się bez tych głupawych filmów? Bo człowiek asertywny nie sięgnie po dragi, bo będzie umiał odmówić. Bo jak dres będzie panował nad agresją, to ktoś nie dostanie po mordzie.
Trudno to powiedzieć za nas wszystkich, młodych, gniewnych i samodzielnych, ale muszę: Sami się życia nie nauczymy. A jeśli znajdziemy się w miejscu, które uczy nas tzw" zasady twardego tyłka", to nauczą nas tak żyć, żebyśmy prędzej, czy później pasożytowali w kiciu za pieniądze podatników. Tym bardziej, że często pomocy znikąd nie chcemy, albo co gorsza - jest za późno.
Dobrze by było, żeby ktoś pomyślał. Bo na dzieciaków z podstawówki patrzy się coraz gorzej. Ja patrzę i pytam - "Narodzie, gdzież przyszłość twa?!"
Aż mi się gotuje odpowiedź. Ale chyba już dosyć nabluźniłam?
Subskrybuj:
Posty (Atom)