poniedziałek, 10 lipca 2017

o33. O piniondzach, fundacjach, z lekkim zabarwieniem końskim i żulerskim.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. I nie chodzi mi o to, że dzieci bawią się fidget spinnerami, panowie noszą rurki, a kobiety prowadzą tiry. Nie, chodzi mi raczej o to, że ktoś ciągle od nas czegoś chce. I nie mam tu na myśli marudnego szefa, tudzież męża, mamy, czy kogo chcecie. Chodzi o wszelkiego rodzaju organizacje, fundacje, projekty, pierdoły. Plus księdza (ja wiem, że ja nie muszę dawać na tę tacę, ale jak on mi tak podstawia pod nos, to mi głupio, nie?).
Będę się trochę odwoływać do historii, która niedawno wyszła na jaw, mianowicie: LINK
Niezłe jaja. 
Wiecie, kiedy dostaję apopleksji? Kiedy widzę te reklamy w telewizji, gdzie w standardowym schemacie pokazuje się chore dziecko i rodziców. Tyle na operację, dziecko chore na to i to, takie siakie. Po pierwsze to ja w sumie rozumiem sytuację, ale to jest dziecko i do tego często upośledzone umysłowo, którego wizerunek wykorzystuje się w mediach. Które często nie jest świadome tego, co się wkoło niego wyprawia. Średnio gut. Plus druga sprawa: to trochę perfidny "marketing" i granie na ludzkich emocjach, nawet jeśli w dobrym celu. Ja tam się czuję zaszczuta i wkurzona (no jak można przerywać Titanica takimi reklamami w kulminacyjnym momencie!). Trzecia sprawa jest taka, że ja się nigdy nie dowiem, na co poszły moje pieniądze. Nikt mi nie wyśle faktury za operację w USA, wózek, rehabilitację, leki. Nikt mi nie potwierdzi, nawet jeśli wpłacę tysiąc czy nawet milion. To tak, jak z pięćset plus, równie dobrze można przepić.
Powiecie: jakbyś była w takiej sytuacji, to też byś żebrała o pieniądze. No możliwe, ale kurdesz, nie w taki sposób. Pls.
Analogiczna sytuacja? Ratujmy rysie, pysie, konie, misie. WWFy i te inne Grinpisy. Być może te fundacje są uczciwe i robią różne dobre rzeczy. Okej. Ale jakby się nad tym zastanowić: czy wykupienie pięciu koni od handlarza zatrzyma proceder? Handlarze będzie zadowolony, przyjechała fundacja po konia, można było wyciągnąć więcej kasy. Skutek odwrotny do zamierzonego, żeby nie powiedzieć chu...owy. No.
Chociaż ostatnio niebo się rozstąpiło i spłynęła na nas łaska jakiegoś niewiadomego pochodzenia i Centaurus wygrał walkę o targi w Skaryszewie. Co z tego jednak, skoro zadziała to tak samo, jak zamknięcie sklepów z dopalaczami?
Dosyć o koniach.
Może i jestem okropna, że nie dzielę się tak pięknie i bezinteresownie swoimi pieniążkami. Okrutna, zła i podła. Trudno. Może pieniądz szczęścia nie daje, ale szanować go trzeba, bo ciężką pracą zdobyty. Swoją drogą co jest chore w tym wszystkim to to, że nasze kochane Państwo zmusza tych ludzi do żebrania. A przecież nie jest moją winą, że tak to u nas funkcjonuje, więc dlaczego ma na tym cierpieć mój portfel? Ja chętnie pomogę, siłą własnych mięśni jako wolontariusz, podzielę się żarciem, ba, kawką nawet się podzielę i szklankę wody podam. Ale moich milionów monet nawet na oczy nie zobaczycie. (swoją drogą, znana sytuacja: "Panie dej, nie mam co jeść", ale jak dasz kanapkę, to aż go wykręca z oburzenia, bo przecież kasa potrzebna, na piwo brakuje!). Powiecie, wszystko dobrowolne. No tak, ale jakie oburzenie jak dobrowolnie nie sięgnę do portfela?! (dobra, ej, raz rzuciłam monetę chłopakowi z gitarą na Woodstocku, ale on mi za to ułożył piosenkę, to była opłata za usługę!).
I co poradzisz, nic nie poradzisz. Dalej Polak będzie mataczył i oszukiwał, bo go tego życie nauczyło. I żebrał z przymusu, bo tego też go nauczyli.