Serio. Taki porządny, który by nie skrzypiał, któremu by działały przerzutki i który byłby lekki. Jakby mi zostało z tego karabinu dokupiłabym jeszcze plecak. Turystyczny. A potem bym jeszcze sprzedała gitarę, telefon, komputer i co by tylko się nadawało do sprzedania. Biżuterię. Książki. Spakowałabym do tego plecaka to, co mi zostanie i pojechała na tym rowerze w pizdu zostawiając kartkę "Teraz możecie mnie pocałować w cztery litery".
Szkoda mi tylko psa, bo kto mu będzie kupował psie ciacha?
I jeszcze jednej rzeczy byłoby mi szkoda... I to wszystko.
Mam dzisiaj tak cholernie zły nastrój że albo pójdę sprzątać, albo już nic mi nie pomoże.
A tak na serio to potrzebuję księcia na koniu. Księcia by się jakoś załatwiło i w końcu bym sobie mogła "patatajać". Ale jak do tej pory żadnego nie zdobyłam, chyba jakiś deficyt.
Żeby was nie zostawiać z tek beznadziejnie bezsensownym postem chciałam dać coś z mojego starego zeszytu z wierszami, ale jestem tak wściekła, że chyba nic nie wybiorę.
To dostaniecie jakiś stary kawałek prozy o tytule "Bidul" napisany chyba dosyć dawno.
Duży, szary budynek
na obrzeżach miasta. Zamknięty w szponach potężnego ogrodzenia. W środku
odrapane ściany, wszędzie schodząca ,,ciemna żółć'' farby, popękany sufit,
skrzypiące, albo niedomykające się drzwi. Ciemny korytarz. Ciemny, bo większość
żarówek się przepaliła, ale nikt ich nie wymienia. Korytarz się ciągnie, po obu
stronach miliony drzwi z numerkami. W każdym z nich stare, zniszczone meble-
cztery łóżka, jakaś szafa, biurko, czasem dwa. Na końcu ponurego korytarza znów
drzwi, tym razem potężniejsze, z tabliczką ,,Świetlica''. Za nimi wielka sala.
Na ścianie bohaterowie z ,,Kubusia Puchatka''. Tu jest już mniej ponuro. Może
przez te malunki na ścianach, a może przez porozrzucane w kątach zabawki? A
może to przez maluchy siedzące gdzie się da, skupione na zabawie, czy
rysowaniu. Niektóre w grupach, niektóre same, w swoim kąciku. Przy oknie siedzi
mała Agnieszka. Jest tu właściwie od zawsze, bo jej nikt nie chciał już zanim
się urodziła. Teraz ma już siedem lat, ale nigdy do nikogo nie powiedziała ,,mama''
ani ,,tata''. Teraz, z namaszczeniem, ubiera lalkę w śpioszki. A tam, przy
stoliku siedzi Antoś. Zawsze, kiedy z kimś rozmawia, mówi, że ,,mama go nie
chciała, bo był niegrzeczny''. Za rok pójdzie do Pierwszej Komunii. Z domu
pamięta tylko wyzwiska i bicie. Często można go zobaczyć, jak siedzi przy
stoliku i rysuje. Kiedyś, w przyszłości chce być malarzem. A naprzeciw Antosia
siedzi o rok od niego starsza Basia. Przegląda książeczkę o Brzydkim Kaczątku,
ale widać, że bardzo się niecierpliwi. Bo za chwilę przyjdą po nią nowi
rodzice. Obiecali jej własnego kucyka, dużo ślicznych lalek i misiów. Ale czy
dotrzymają słowa? Tam dalej, w kąciku siedzi Karolinka. Nikt nie mówi na nią
inaczej, tylko właśnie Karolinka. Bo kiedy się na nią patrzy, to nie można powiedzieć
inaczej. Ale jej i tak jest wszystko jedno, jak na nią mówią. Byleby
przytulali. Tak mocno, jak na przykład pani Alutka, opiekunka. Kiedy Karolinka
widzi panią Alutkę uśmiecha się. A robi to bardzo rzadko. Ma sześć lat. Ale nie
można jej rozśmieszyć słowami. Karolinka od urodzenia nie słyszy, ani nie mówi.
Jej mama jej takiej nie chciała. Zostawiła ją pod bramą, malutką, bezbronną.
Znalazła ją właśnie pani Alutka. I od razu pokochała. Dzieci też ją pokochały.
Ale nie wiedzą, jak mają się z nią bawić, skoro ona nie wie, jak zrobić bal dla
lalek, czy bawić się w berka. Dlatego najczęściej siedzi sama w kącie i
przytula się do misia. Niedaleko niej siedzi Michaś i próbuje napisać coś dla
mamy. Bardzo chcę ładnie pisać każdą literkę, ale nie zawsze mu to wychodzi. Ma
siedem lat i widział się ze swoją mamą kilka razy. Kiedyś słyszał, jak
opiekunki mówiły, że jest ,,na odwyku''. Michaś nie wie co to znaczy, bo jemu
powiedziały, że mamusia jest chora, ale kiedyś lekarze ją wyleczą i wtedy wróci
do domu. I będą sobie mieszkać razem, on i mama i będzie fajniej niż dawniej.
Bo kiedyś mama go biła i wyzywała. Za to, że pobrudził spodnie. Za to, że wylał
wodę na posadzkę. Za to, że zgubił dwa złote.
Ale teraz już go nie
bije, ani nie krzyczy. Nawet jak nabroi. Michaś bardzo chce, żeby dalej tak
było.
Surowy, szary
budynek, dookoła rdzewiejące ogrodzenie. Zniszczone drzwi, krzesła ściany,
podłoga i sufit. Dziesiątki łóżeczek, zabawek, szklanek, talerzy, sztućców. I
dziesiątki dzieci, które pragną miłości. Ale nie zawsze ją dostają...