piątek, 24 lutego 2012

Claudette cz.1

Tytułem wstępu: Jest to opowiadanie napisane dosyć dawno temu, ale jedyne tak bardzo wysmarowane masełkiem i wypieszczone (bo poprawiał go ktoś lepszy ode mnie :)). Opowiadanie jest o...A z resztą, co ja się będę, sami zobaczycie.  Żeby było jasne - przyjmuję każdy rodzaj krytyki.
Miłego paczenia :*


        Taki głód nie doskwierał mi nigdy dotąd. Idąc ciemną ulicą błagałam Boga o to, aby nagle w drogę wszedł mi jakiś człowiek, sam nadstawiając szyję. Cuchnący złem, którego istnienia świat w ogóle nie będzie żałował. Nie miałam w zwyczaju wysysać życia z ludzi prawych i chyba na zawsze będę trwać w przekonaniu, że krew łotrów, złodziei i najgorszych szelm tego miasta smakuje najlepiej. Ale tej nocy nikt nie prosił się o śmierć.
         Od kilku tygodni żywiłam się krwią psów, świń, koni i innych zwierząt, które ludzie trzymali na farmach kilka kilometrów za miastem. Utrzymywało mnie to przy życiu, ale gorszego życia chyba nikt nigdy nie zaznał. Czułam się tak pusta w środku, jakbym składała się tylko ze szkieletu i skóry. Do tego przyszła znienawidzona wiosna. Wiosną zawsze tęsknię do mojego poprzedniego życia. Wydawałoby się,  że owa  tęsknota nie jest uczuciem, którego zaznają tacy, jak ja. Ale czy o takich jak ja można powiedzieć, że żyją? My jesteśmy tylko bytem, przesiąkniętym do szpiku kości krwią niewinnych ofiar, którym odbieramy życie każdej nocy. Szkoda tyko, że nie zdawałam sobie z tego sprawy, kiedy ja sama stawałam się bestią. Byłam głupia, młoda, nie chciałam umierać, wolałam być potworem, niż odejść.  Wolałabym sobie nie przypominać tego momentu, w którym zgodziłam się na narodzenie się od nowa, bo te wspomnienia mnie przytłaczają. W poprzednim życiu byłam kompletną ofermą, nie potrafiłam sobie poradzić z żadną pracą, w końcu trafiłam na ulicę. Tej nieszczęsnej nocy zostałam napadnięta i znalazła mnie moja stwórczyni. Potem moje istnienie to było tylko staczanie się w przepaść.
         Skręciłam w słabo oświetloną, boczną uliczkę. Po chwili zorientowałam się, że to ślepy zaułek. Chciałam zawrócić, ale to, co zobaczyłam uniemożliwiło mi odwrót. Na wprost, pod tylnią ścianą kamienicy jęcząc z bólu leżał mężczyzna. Natychmiast mój węch silnie zareagował na zapach świeżej krwi. Podeszłam bliżej. Z jego nogi lała się krew, miał ranę postrzałową na udzie. Byłam jakieś trzy metry od niego, zapach świdrował mi wrażliwe nozdrza, co u śmiertelnika można porównać do wdychania przez dług czas mroźnego powietrza. Jednak opanowywałam głód – mam zasady: najpierw muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
       Był porażająco piękny. Miał gęste, ciemnobrązowe włosy średniej długości, zaczesane do góry, oczy barwy gorzkiej czekolady. Jego skóra wyglądała tak, jakby dużo czasu spędzał na słońcu. Rysy twarzy miał zarysowane piękniej niż grecki posąg. Wykorzystałam to, co dała mi natura: umiejętność zaglądania do czyjegoś umysłu. Przy mojej diecie – bardzo przydatne.
        Nazywał się Blake Weiss, miał trzydzieści pięć lat, żonę, trójkę dzieci i posiadłość na wzgórzu. Do tego prowadził małą restaurację i był ideałem męża i ojca. Urocze. Zwyczajne, ludzkie życie, z którego zrezygnowałam...
       Niestety był wzorowym obywatelem, zupełnie nie w stylu tych, których zabijałam. Jednak jedno było niepodważalne – za kilka minut będzie martwy. A picie krwi martwego dla nas oznacza koniec ,,istnienia”. Musiałam podjąć decyzję, czy zrobić wyjątek od własnych reguł. Cóż, ja głoduję od dawna. Przy okazji mogę mu przyspieszyć umieranie…
       I w momencie, kiedy już byłam przy nim i otwierałam usta, aby dobrać się do rany na nodze, coś mnie zatrzymało. Odwróciłam głowę i zobaczyłam jego twarz.
      Coś się we mnie obudziło, mówiąc mi, że nawet jeśli on umiera, nie mogę tego zrobić. To jego spojrzenie… Jego smutne oczy zdawały się mówić do mnie językiem, który już dawno zapomniałam.
      Nie, on dzisiaj nie umrze. Taki człowiek musi żyć wiecznie.
      Pochyliłam się nad nim. Obserwował mnie półprzytomnym wzrokiem.
     - Panie Weiss – zaczęłam szeptem, pomału zbliżając usta do jego szyi  - mam nadzieję, że będzie mi pan za to wdzięczny. A nawet  jeśli nie, muszę to zrobić.
      Wbiłam kły w jego szyję. Jego krew smakowała jak ulubiony drink, którego się nie piło od dawna. O mały włos popełniłabym samobójstwo. Ale w ostatniej chwili przestałam pić.
      Jeszcze żył, ale był bliski wydania ostatniego tchnienia. Nadgryzłam swój nadgarstek i przytknęłam mu go do ust.
- Niech pan pije, panie Blake. Zaraz skończy się pana ludzkie cierpienie.
      Pił, kompletnie nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Przyssał się tak mocno, że z trudem oderwałam rękę od jego ust.  Rana natychmiast się zabliźniła, ta na jego udzie również. Przemiana się zaczęła – jego opalona skóra zaczynała blednąć, ale nie odjęło mu to uroku, wręcz przeciwnie – był jeszcze piękniejszy.
      Nadchodził świt. Nie mogłam go tutaj zostawić. Nie czekając wzięłam go na ręce i wspięłam się na dach kamienicy.
      Nie mogłam się doczekać momentu, kiedy przemiana dobiegnie końca.