Miłego paczenia :*
Taki głód nie
doskwierał mi nigdy dotąd. Idąc ciemną ulicą błagałam Boga o to, aby nagle w
drogę wszedł mi jakiś człowiek, sam nadstawiając szyję. Cuchnący złem, którego
istnienia świat w ogóle nie będzie żałował. Nie miałam w zwyczaju wysysać życia
z ludzi prawych i chyba na zawsze będę trwać w przekonaniu, że krew łotrów,
złodziei i najgorszych szelm tego miasta smakuje najlepiej. Ale tej nocy nikt
nie prosił się o śmierć.
Od kilku tygodni
żywiłam się krwią psów, świń, koni i innych zwierząt, które ludzie trzymali na
farmach kilka kilometrów za miastem. Utrzymywało mnie to przy życiu, ale
gorszego życia chyba nikt nigdy nie zaznał. Czułam się tak pusta w środku,
jakbym składała się tylko ze szkieletu i skóry. Do tego przyszła znienawidzona
wiosna. Wiosną zawsze tęsknię do mojego poprzedniego życia. Wydawałoby się, że owa tęsknota nie jest uczuciem, którego zaznają
tacy, jak ja. Ale czy o takich jak ja można powiedzieć, że żyją? My jesteśmy
tylko bytem, przesiąkniętym do szpiku kości krwią niewinnych ofiar, którym
odbieramy życie każdej nocy. Szkoda tyko, że nie zdawałam sobie z tego sprawy,
kiedy ja sama stawałam się bestią. Byłam głupia, młoda, nie chciałam umierać,
wolałam być potworem, niż odejść. Wolałabym
sobie nie przypominać tego momentu, w którym zgodziłam się na narodzenie się od
nowa, bo te wspomnienia mnie przytłaczają. W poprzednim życiu byłam kompletną
ofermą, nie potrafiłam sobie poradzić z żadną pracą, w końcu trafiłam na ulicę.
Tej nieszczęsnej nocy zostałam napadnięta i znalazła mnie moja stwórczyni.
Potem moje istnienie to było tylko staczanie się w przepaść.
Skręciłam w
słabo oświetloną, boczną uliczkę. Po chwili zorientowałam się, że to ślepy
zaułek. Chciałam zawrócić, ale to, co zobaczyłam uniemożliwiło mi odwrót. Na
wprost, pod tylnią ścianą kamienicy jęcząc z bólu leżał mężczyzna. Natychmiast
mój węch silnie zareagował na zapach świeżej krwi. Podeszłam bliżej. Z jego
nogi lała się krew, miał ranę postrzałową na udzie. Byłam jakieś trzy metry od
niego, zapach świdrował mi wrażliwe nozdrza, co u śmiertelnika można porównać
do wdychania przez dług czas mroźnego powietrza. Jednak opanowywałam głód – mam
zasady: najpierw muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Był porażająco
piękny. Miał gęste, ciemnobrązowe włosy średniej długości, zaczesane do góry,
oczy barwy gorzkiej czekolady. Jego skóra wyglądała tak, jakby dużo czasu
spędzał na słońcu. Rysy twarzy miał zarysowane piękniej niż grecki posąg. Wykorzystałam
to, co dała mi natura: umiejętność zaglądania do czyjegoś umysłu. Przy mojej
diecie – bardzo przydatne.
Nazywał się Blake Weiss, miał trzydzieści pięć
lat, żonę, trójkę dzieci i posiadłość na wzgórzu. Do tego prowadził małą
restaurację i był ideałem męża i ojca. Urocze. Zwyczajne, ludzkie życie, z którego
zrezygnowałam...
Niestety był wzorowym obywatelem, zupełnie nie
w stylu tych, których zabijałam. Jednak jedno było niepodważalne – za kilka
minut będzie martwy. A picie krwi martwego dla nas oznacza koniec ,,istnienia”.
Musiałam podjąć decyzję, czy zrobić wyjątek od własnych reguł. Cóż, ja głoduję
od dawna. Przy okazji mogę mu przyspieszyć umieranie…
I w momencie,
kiedy już byłam przy nim i otwierałam usta, aby dobrać się do rany na nodze,
coś mnie zatrzymało. Odwróciłam głowę i zobaczyłam jego twarz.
Coś się we mnie
obudziło, mówiąc mi, że nawet jeśli on umiera, nie mogę tego zrobić. To jego
spojrzenie… Jego smutne oczy zdawały się mówić do mnie językiem, który już
dawno zapomniałam.
Nie, on dzisiaj
nie umrze. Taki człowiek musi żyć wiecznie.
Pochyliłam się
nad nim. Obserwował mnie półprzytomnym wzrokiem.
- Panie Weiss –
zaczęłam szeptem, pomału zbliżając usta do jego szyi - mam nadzieję, że będzie mi pan za to wdzięczny.
A nawet jeśli nie, muszę to zrobić.
Wbiłam kły w jego szyję. Jego krew smakowała
jak ulubiony drink, którego się nie piło od dawna. O mały włos popełniłabym
samobójstwo. Ale w ostatniej chwili przestałam pić.
Jeszcze żył, ale
był bliski wydania ostatniego tchnienia. Nadgryzłam swój nadgarstek i
przytknęłam mu go do ust.
- Niech pan pije, panie Blake. Zaraz skończy się pana
ludzkie cierpienie.
Pił, kompletnie
nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Przyssał się tak mocno, że z trudem
oderwałam rękę od jego ust. Rana
natychmiast się zabliźniła, ta na jego udzie również. Przemiana się zaczęła –
jego opalona skóra zaczynała blednąć, ale nie odjęło mu to uroku, wręcz
przeciwnie – był jeszcze piękniejszy.
Nadchodził świt.
Nie mogłam go tutaj zostawić. Nie czekając wzięłam go na ręce i wspięłam się na
dach kamienicy.
Nie mogłam się
doczekać momentu, kiedy przemiana dobiegnie końca.