wtorek, 27 czerwca 2017

o32. O życiu ludzkim i zwierzęcym, śmierci i marności (przy okazji o jedzeniu i pisaniu).

Miałam w miarę normalny dzień, do momentu w którym nażarłam się pianek i popiłam je mrożonym cappucino. Zemdliło mnie od nadmiaru słodkości, potem obejrzałam Instagrama, zemdliło mnie jeszcze bardziej i nagle mnie naszło na pisanie. Jakoś tak to było.
Ostatnio jedyne momenty kiedy używam długopisu są wtedy, kiedy uzupełniam kalendarz. Nawet krzyżówek nie tykam, a temat grubych zeszytów z moimi wypocinami z szuflady omijam z daleka, bo nie mam sumienia ich wyrzucić.
Tak, jakbym zapomniała, że kiedykolwiek coś pisałam i to nie tylko na własny użytek.
W czeluściach dysku Googla krążą samopas jakieś szczątki czegoś, co miało kiedyś mieć szansę na wydanie, moje pióra wyschły na wiór, a atrament wylał się już dawno, brudząc mnie i moje ulubione pudełko na pierdoły.
Nie ważne. Nie o tym chciałam pisać.
Naszło mnie na romansidła, prawdopodobnie ze względu na moją własną sytuację sercową. Zakupiłam sobie podczas mojej ostatniej eskapady do Empiku (przy akompaniamencie szeptów mojego przyszłego męża typu "nie kochanie, idziemy dalej, nie ma nic ciekawego") "Zanim się pojawiłeś" i pochłaniam ją z lubością przy akompaniamencie mlaskania i ciamkania (od dziecka żrę i piję przy książkach, niestety). Ale dzisiaj mnie naszło na refleksję. W skrócie: bardzo infantylna historia dziewczyny która zostaje opiekunką chłopaka z tetraplegią (sorry, niewtajemniczeni, macie Wikipedię) i próbuje go przekonać, żeby nie chciał włąsnej eutanazji. Przez połowę tej cholernej książki, w którą się tak bardzo wczułam myślałam jakie to straszne, że on nie chce żyć i w ogóle dlaczego on nie chce żyć, ona się tak dla niego stara, bla bla. No i co, to tylko książka, ale zastanawiając się nad tym nieco poważniej niż tylko na poziomie fikcji, przypomniałam sobie, co ja kiedyś powiedziałam, kiedy ktoś mnie spytał, co ja bym zrobiła gdybym wylądowała na wózku.
No tak, jestem hipokrytką.
Jak łatwo jest osądzać, jak łatwo patrzeć na czyjeś wybory, kiedy to nie dotyczy bezpośrednio nas? Czy w ogóle mamy prawo komentować czyjeś decyzje począwszy od wyboru papieru toaletowego, na samobójstwie kończąc (pod warunkiem, że ktoś naprawdę chciał sobie odebrać życie, a nie pozacinał się żyletką w poprzek, bo rodzice nie kupili mi tabletu).
To jest to, czego nienawidzę u ludzi. W tym u siebie, bo mi się zdarza.
Choćby ostatnio, miesiąc temu, kiedy rodzice oświadczyli, że jadą uśpić Dżekiego. No co wy, przecież nie jest chyba tak źle, nie widać po nim, że się męczy, może jeszcze kilka tygodni... Wkurzałam się, kiedy mówili, że śmierdzi (bo faktycznie śmierdział przez to, że guz którego miał ciągle się sączył), że oni już nie mogą z nim wytrzymać. Jak to nie mogą wytrzymać? To jest członek rodziny, a nie odświeżacz powietrza, który można sobie wymienić. Nowy pies? Żadnego psa, oni sobie zrobią remont i będą w końcu mieli czyste mieszkanie. Chodziłam zła, rozżalona i kompletnie niepogodzona. Z nimi, życiem, Bogiem i czym tam jeszcze. Przecież nadal tak bardzo się cieszył, że mnie widzi (to nic, że zdarzyło mu się posiusiać dywan), chętnie chodził na spacery (coraz trudniej było mu wejść na parter z powrotem), przynosił piłkę (po którą biegł dwa razy i ciężko kładł się zmęczony na dywanie), biegał z kijkami na dworze (co chwila się potykając). Dopiero kiedy było po wszystkim uznałam, że nie widziałam niczego, bo nie chciałam widzieć. Że coraz bardziej utyka, traci apetyt, ciężko mu się podnieść rano. I że naprawdę źle pachnie. Że ma już 14 lat i najwyraźniej przyszła na niego pora. Miałam na oczach klapki utkane z przywiązania i miłości do niego, po prostu. Rozpaczliwie próbując go zatrzymać na siłę pogarszałam swoją własną sytuację. Nie pożegnałam się. Uznałam, że nie chcę, żeby zlizywał mi łzy z policzków (robił to odkąd pierwszy raz w podstawówce dostałam jedynkę i poryczałam się, siedząc po turecku na dywanie). Podobno nie szarpał się, ani nie wyglądał na przestraszonego i sam wszedł do gabinetu (mam nadzieję, że to nie wymysł mojej Mamy, żebym poczuła się lepiej)."Nie płącz, on nie lubił, jak się było smutnym". Ryczałam, jakby mi wymordowali pół rodziny. Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że tylko Mama się cieszy, że przyszłam na kawę (ale za to mają nowe wykładziny i pomalowali mój dawny pokój i wstawili nowe drzwi do kuchni i pomalowali futryny...bla bla...), że nie mam z kim iść na spacer. Różnimy się. Oni boją się przywiązać do nowego przyjaciela, a ja nie mam czym wypełnić pustki (nie mogę mieć u siebie psa, taka umowa najmu). I co ja mam zrobić?
Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będę się musiała z nim pożegnać. Wydawało mi się, że albo umrę z żalu, albo zwariuję. Żyję nadal i to we własnym domu, a nie w psychiatryku, więc chyba moje przekonania były błędne. Potem pomyślałam sobie, że rzeczywiście wolę zwierzęta od ludzi. Przecież on był taki szczęśliwy przez te 14 lat. Nikomu celowo się naprzykrzył (no dobra, zdarzyło się, ale wiedział, że zrobił źle), cieszył się z kąsków za 3,50 które mu kupowałam, cieszył się na widok pana listonosza i dostawcy pizzy (jakby to jemu przywoził jedzenie), warczał na psy, które mu się nie spodobały (ot fanaberia), pocieszał moją mamę, kiedy miała migrenę, pocieszał mnie, kiedy miałam depresję i w gorszy dzień nie wstawałam z łóżka. Nie zrobił nikomu krzywdy, korzystał z każdego dnia jak umiał (czasami podkradał czerstwy chleb z kuchni). Odszedł ze spokojem, w towarzystwie tych, którzy byli dla niego stadem.
A my?
Ile razy kogoś skrzywdziliśmy? Ile razy chcieliśmy więcej niż mamy? Z jak dużym bagażem moralnym przyjdzie nam kiedyś odejść? Gdzie, w czyjej obecności? Z własnej woli, czy nagle, z przymusu?
Dżeki był w gruncie rzeczy szczęściarzem. Jedną z bardziej uprzywilejowanych istot. Odszedł w przyjemnym narkotycznym zamroczeniu, uradowany z tego, że jego pan i pani głaszczą go tam, gdzie lubi i mówią, że jest kochany.
A teraz ja mogę płakać po stracie przyjaciela, wiedząc, że on już tego nie widzi. I nie musi przynosić mi swoich ulubionych zabawek na pocieszenie.