Dzisiaj moje przemyślenia o byciu dorosłym, w różnym znaczeniu. Będzie też o koniach, a raczej o celach życiowych i charakterze, pod płaszczykiem koni ;).
Dlaczego właściwie dzisiaj taki temat? Zainspirowała mnie do tego pewna historia z "naszej" stajni.
Kiedy mam wolne (a ostatnio wolne mam praktycznie zawsze ;)) przesiaduję na Kleczewskiej i pomagam przy koniach dla przyjemności, własnego pożytku i ze zwyczajnej uprzejmości. Kiedy nie ma nic do roboty, obserwuję. Różne rzeczy widzę, ale to, co zobaczyłam ostatnio mnie nieco zszokowało. Na lekcje przyszły dwie dziewczynki w wieku - bo ja wiem - nie wyższym niż 8 lat. Znam je z widzenia, bo przychodzą w ten sam dzień, każdego tygodnia. Jedna z klaczy, która była zwykle brana na tą godzinę jest chora, więc instruktor była zmuszoną wziąć inną, nieco szaloną, ale to i tak był najlepszy wybór. Mimo, że przez jakiś czas wszystko przebiegało sprawnie, w pewnym momencie kobyłka się spłoszyła i mała poleciała z niej, odbiła się od słomy i wylądowała...prosto pod koniem. Ciemna przeleciała po niej, wszystko razem wyglądało masakrycznie. Tato przerażony, mała przerażona, ja też nieźle nabuzowana. Mało upadków widziałam, takie tylko na filmach. Usłyszałam, że mam iść po toczek i wsiąść na kobyłę. Do strachliwych nie należę, polazłam do siodlarni. Mała się pozbierała, ale własną łydkę razem ze sztylpą bym dała, że nie już więcej nie wsiądzie. Wchodzę do hali i kopara opadła - mała nie tylko ogarnięta na tyle, że jakoś się rusza i nic sobie nie połamała, to jeszcze co - siedzi! Jak dla mnie oczywiste, że zaraz po upadku, jeśli jesteś w stanie - wsiadasz, ale dzieciak w jej wieku rzadko kiedy ma taki charakterek.
Do czego piję. Podobała mi się postawa ojca - mała chciała wsiąść, pozwolił. Gdyby tylko w promieniu kilometra był sklep kupiłabym ojcu setkę i małej czekoladę, niestety do najbliższego godzina drogi. A gdyby było odwrotnie? Gdyby mała chciała wsiąść, ale nie dostałaby zgody? Ogromnie bym współczuła. Gdybym ja była w takiej sytuacji, przez resztę życia nie dopuściliby mnie nawet na metr od konia, chociażby to była nawet falabella*. Bo ja mam nadopiekuńczych rodziców.
Po ostatniej rozmowie z mamą po tym jak wyleciałam z siodła, stwierdziłam, że nie będę informować o żadnym przyszłym upadku. Moja rodzicielka najchętniej zabroniłaby mi, instruktorowi, a nawet koniowi galopować, nawet kłusować. Stwierdziła, że nie szanuję zdrowia (wat?). A co z moim zdrowiem psychicznym? Ale...
No właśnie plusem jest to, że mimo, że to ona płaci za moje lekcje i tak nie może mi nic zrobić. Nie może "z buta wjechać" na halę, zdjąć mnie z konia i zabrać do domu, bo mam 19 lat. A że sobie czasami pomarudzi, bo nie kuma klimatów? Z drugiej strony jak ktoś może "czuć" jeździeckie klimaty, skoro nigdy nie podszedł do konia nawet do zasięgu pyska a jego życiową i największą pasją są robótki ręczne? Nie dogadamy się.
Druga strona medalu? Usłyszałam ostatnio od bliskiej, młodszej przyjaciółki, że mam fajnie, że rodzice nie mają już takiej kontroli nade mną. Fajnie, ale...Gdzie kończy się kontrola tam zaczynają się wymagania. Nie mogą mnie kontrolować, będą biadolić. Że mam uważać na tym koniu, czemu się nie uczę, po obiedzie nie pomyte, brudny kubek na biurku, śpisz cały dzień, z psem wyjdź rano...
Coraz częściej mówią mi per "pani", a ja nadal czuję się, jakbym miała 15 lat. Wszystkie sprawy muszę załatwiać sama, bo to głupio wlec "ogon". I co z tego, że mam ten dowód?
I tylko czasami się zastanawiam co bym wolała poświęcić - nie iść na nocną imprezę, czy nie musieć słuchać biadolenia, że mam prawie 20 lat i jestem stara dupa, a taka nieodpowiedzialna bałaganiara...
A propo's - Czy porządek świadczy o dorosłości?
*falabella - rasa miniaturowych koników do 75cm wzrostu w kłębie, nadaje się do ciągnięcia małych powozików, ujeżdżania przez malutkie dzieci, głównie jednak jest to rasa do towarzystwa.