Prawdziwie ciekawe jest moje nocne życie.
Chciałam być eko i w ogóle oszczędna, to sobie zgasiłam żarówkę czerpiąc światło z nowo zdobytej świeczki. Która była do... i co chwilę gasła. Pomajtałam trochę, rozlałam wosk po ściankach i głab za zapałki. W kulminacyjnym momencie, kiedy zapałka dosięgała knota, świecy zachciało się tendencji spadkowej i wspomagana siłą grawitacji rąbnęła na biurko, wychodząc z tego wypadku z rysą na szkle. Na biurku leży sobie zamknięty laptop, stos bibelotów, za laptopem monitor od Dziadka Henia (tak nazywamy nasz domowy stacjonarny). Wszystko wyglądało cholernie artystycznie i abstrakcyjnie i chętnie bym to zostawiła (pomijając moje spodnie) ale Mama nie lubi sztuki nowoczesnej, a Tata sprzętu, który nie wygląda jak nowy (szczególnie, jeśli za niego zapłacił). Bo w końcu najbardziej ucierpiał laptop.
I co robić?
Zapadła cisza, mącona jedynie chrapaniem Taty w pokoju obok (jak Mama może spać z kimś takim? Poza tym gada i kopie!).
Podziękowałam wtedy opatrzności za moją plastyczkę, która nam kiedyś powiedziała, jak usunąć plamy z wosku.
Widzieliście kiedyś dziewczynę, która prasuje laptopa przez chusteczkę higieniczną? Widok godny filmu na Jutube.
Co jeszcze robię w nocy? Słucham Kaczmarskiego (nie wiem po jaką cholerę), piję mineralną z butelki po Desperadosie, szukam zgubionych rzeczy i produkuję się, bo wtedy mam najlepszą wenę.
Ach i czasami jeszcze oglądam po raz milionowy ostatnią scenę z "Titanica" i ryczę, że skończyłam 18lat, nie płynęłam po Atlantyku i nie spotkałam faceta z którym chciałam być na całe życie, a który zamarzł i nie będę miała takiej fantastycznej śmierci.
W następnej notce coś konstruktywnego, obiecuję.
Dobranoc i niech się Wam przyśni coś lepszego, niż mi...Może Isla Bonita?