Jutro koniec świata, spamerzy spamują, hejterzy hejtują spamujących spamerów, a inni hejterzy hejtują hejterów hejtujących spamujących spamerów. Chyba przesadziłam z tym syropkiem, ale co tam, przynajmniej nie kaszlę :P.
A ja będę dzisiaj hejtować seriale.
Od jakiegoś czasu niezbyt widuję coś takiego, jak telewizor, bo mam niestrawność po jedzeniu tej papki, którą się tam podaje, więc staram się tego nie tykać. Co jest ciężkie, biorąc pod uwagę to, że w drugim pokoju TV napieprza 24/7 i będzie napieprzać nawet po końcu świata. I w kółko rzucają mi się w oczy księża popierdzielający na rowerze, śmiejący się Kacper Boski, jakaś babka zawijająca w szpilkach po górach, obsługa hotelu 52 (WTF? Skąd oni wytrzasnęli tą nazwę?!), oraz całe stado lekarzy i innego personelu medycznego. A no i owczarek niemiecki skaczący przez okna. Już o tych dziwnych ludziach z ulicy Wspólnej, czy tam innej to nie wspomnę. Codziennie poznaję "Ukrytą prawdę" i pytam siebie "Dlaczego ja", po czym stwierdzam, że to są zbyt "Trudne sprawy" i na pocieszenie czytam "Pamiętniki z wakacji". Bo w drugim pokoju telewizor jest jedyną poznaną przez zamieszkany lud rozrywką i nadaje wszystko, jak leci. Ale to inny temat.
Co jest fajnego/rozwijającego/przyjemnego/dobrego w oglądaniu tasiemców?
Ja też nie wiem.
Pokazują nam ludzi jeżdżących CODZIENNIE taksówką do pracy ("Rodzinka.pl"-Natalia Boska), na wyraz inteligentne zwierzęta ("Komisarz Alex"), miasta w których przestępczość przekroczyła nawet amerykańskie rekordy ("Ojciec Mateusz"), ludzi umierających w dziwnych okolicznościach ("M jak miłosć"), poginających po chacie w wyjściowych buciorach, budzących się w pełnej tapecie na buźce (y...wszędzie i wszyscy). Poza tym jeśli mówimy o serialach typu "Rodzinka.pl", czy jej starsza siostra - "Rodzina zastępcza", to czy ci ludzie nie są jakby nadmiernie szczęśliwi i bogaci? Nawet nie wspominam o tym jakże popularnym serialu gdzie wszyscy byli już w związkach ze wszystkimi. A już najbardziej lubię w tasiemcach mijający czas. W ciągu pięciu odcinków rodzi się multum dzieci i co najmniej trzech bohaterów umiera, albo wyjeżdża za granicę. Po roku nieoglądania trafiłam na swój niegdyś ulubiony serial i spytałam na głos "Gdzie są ci ludzie? I od kiedy Leśna Góra wygląda...tak?! A ci wszyscy to kto?". Największy w historii przewrót majowy. "Na dobre i na złe" ma dziwnych reżyserów. Jak po pięciu latach rzucił mi się na oczy "Klan" to nadal był Rysiu, ten cały pan doktor z żoną i jego dziwny kolega "wrzeczysamej", oraz jego żona "absolutnie!" no i ta moja ulubiona kobitka od "omatkoty...!". Nie rozumiem tego, ale zostawmy ten wątek.
Super są seriale paradokumentalne. Jedna kobieta gra córkę i żonę, są intrygi, jest akcja, oj dzieje się, dzieje! Ta romantyczna miłość Dariusza i Karoliny, ten straszny przypadek pomylenia sedesu z bidetem, jakiś wampir, no i spektakularna Beata i jej mięsny jeż. Po co u licha ludzie to oglądają?
Zostawiam Was z pytaniem na ustach i idę prasować obrus, co by było na czym jeść na wigilii klasowej.
czwartek, 20 grudnia 2012
środa, 19 grudnia 2012
o18. All I want for Christmas is spokój...
Na serio, taki porządny święty spokój.
Miała być choinka. Nie ma. Miała być jemioła. Nie ma i chyba nie będzie. Miał być śnieg. Nie ma. Miałam schudnąć. Przytyłam. Miało być fajnie i rewelacyjnie. A jest, w dupę jeża, źle.
A na to wszystko chodzę zasmarkana i mam problem natury społecznej.
A święta w poniedziałek. Piątkowa apokalipsa to podobno bujda na resorach, więc nie ma na co liczyć.
Chciałabym być o jakieś 12 lat młodsza i żeby moim jedynym problemem było to, gdzie rodzice schowali prezenty i czy karp w tym roku będzie dobry i mało ościsty.
A teraz mam stoi innych problemów i kupę kurzu dosłownie w każdym miejscu w moim pokoju. Mamcia twierdzi, że najlepszym sposobem na zły humor jest sprzątanie. Jak ja zacznę sprzątać, to rozwalę pół domu. Dobra, może jednak posprzątam.
Wesołej przedświątecznej gorączki.
I kupcie dobrego karpia.
Miała być choinka. Nie ma. Miała być jemioła. Nie ma i chyba nie będzie. Miał być śnieg. Nie ma. Miałam schudnąć. Przytyłam. Miało być fajnie i rewelacyjnie. A jest, w dupę jeża, źle.
A na to wszystko chodzę zasmarkana i mam problem natury społecznej.
A święta w poniedziałek. Piątkowa apokalipsa to podobno bujda na resorach, więc nie ma na co liczyć.
Chciałabym być o jakieś 12 lat młodsza i żeby moim jedynym problemem było to, gdzie rodzice schowali prezenty i czy karp w tym roku będzie dobry i mało ościsty.
A teraz mam stoi innych problemów i kupę kurzu dosłownie w każdym miejscu w moim pokoju. Mamcia twierdzi, że najlepszym sposobem na zły humor jest sprzątanie. Jak ja zacznę sprzątać, to rozwalę pół domu. Dobra, może jednak posprzątam.
Wesołej przedświątecznej gorączki.
I kupcie dobrego karpia.
poniedziałek, 10 grudnia 2012
o17. Dziwny post o charakterze egzystencjonalnym
Włączyłam sobie Tatu i przeczytałam całego bloga.
Nie, nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Po prostu miałam zajęcie na jakieś 10 minut :)
Siedzę i próbuję się zebrać w sobie, żeby napisać o kilku ważnych rzeczach, które poniekąd w magiczny sposób utrudniają mi życie, ale im bardziej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to głupie i egoistyczne. Więc, przykro mi, ale nie będzie posta o moich problemach psychicznych (ale na przyszłość radzę zapamiętać, że jestem kopnięta, to Wam może uratować życie ;)).
Mam dzisiaj średnio dobry dzień i jedyna rzecz, która mnie cieszy, to to, że mój pies reaguje na śnieg tak samo, jak ja. Czyli jak idiota, który zobaczył bateryjkę. Bo reszta domowników chodzi i zrzędzi jakby byli starsi o co najmniej 40 lat. Ocieć zrzędzi, że nie ma pieniędzy i pracy. Mamcia zrzędzi, że ma pracę, ale nie ma pieniędzy, między tym zrzędzeniem truje mi głowę, że nie pokazuję jej zawartości mojego bloga i Fejsa (heloł?!) i dzierga bombki. Dzierga i dzierga i dzierga, a Ocieć ogląda w TV wszystko jak leci.
Dobra, skoro ludzie się składają na kasę dla chorych dzieci, to niech ktoś mi się zrzuci na testy DNA? Bo ja muszę mieć pewność, że ja jestem dzieckiem swoich rodziców. Bo to mi się wydaje mało możliwe. Chociaż mówią, że ni ch*j, bo jestem za podobna :|. Nie żebym była pustakiem, ale jakim cudem ja jestem dzieckiem dwóch w taki cholernie ogromny sposób ograniczonych ludzi?!
Zaraz się zamknę w sobie i będę rozmawiała ze swoim wnętrzem, bo nie ma z kim (Dżeki po minucie mojego monologu uśmiecha się jak debil i drepta gdzieś, po czym wraca z piłką, czy innym swoim instrumentem roboczym. Chociaż on nie udaje, że mnie rozumie, albo, że chce zrozumieć). Chociaż kurde, mnie się nie da zrozumieć, więc czego ja chcę?
No dobra, nie da się, ale kilka osób jest blisko celu ;). Ale te osoby ze mną nie mieszkają, ku mojej rozpaczy :|. Niedługo zacznę sobie wymyślać ludzi i z nimi gadać. Bo do siebie, to już gadam :D. Polecam, fajne uczucie ;)
Mam ochotę kupić sobie siekierkę i kogoś zaciupać. Wsadzą mnie do wariatkowa i będę się utrzymywała za wasze podatki.
Przed chwilą oberwałam za dobitne wyrażenie swojej dezaprobaty wobec Oćća, któremu się nie podoba słuchana przeze mnie muzyka(generalizując - wyśmiał ją). Powiedziałam to, co każdy Polak by powiedział i usłyszałam, że jestem niewychowana.
Ta, jak oni się kłócą i mają takie słowa jako przecinki to ja NIC nie mogę powiedzieć.
Wierzcie mi ,w psychiatryku jest normalniej, niż u mnie w domu. (Kusia potwierdzi!).
Wracając do siekierki, jutro mam historię. Świetna okazja, tylko nie zdążę z siekierką :(. Psyklo.
Co do słuchania Tatu - wiecie, że one nie były lesbijkami? To był pomysł jakiegoś niespełnionego psychologa, który był ich managerem. Udawanie uczuć między nimi miało służyć wywoływaniu większego szumu wokół. Mi się wydaje, że to było trochę eksperymentatorskie i szkoda, że ten pan nie napisał na ten temat pracy doktorskiej, no ale cóż. A tak na serio, to czy ktokolwiek wie, o czym one śpiewają? Nie, bo nikomu się nie chce tego tłumaczyć i lepiej słuchać papki o tym jaki styl ma zespół Psy, albo o Telo, który poszedł na imprezę. Gratuluję, jesteście super.
I potem mnie nikt nie rozumie. Bo mówię o rzeczach nie z tego świata. Gdybym na dokładkę zaserwowała informację o tym, że lubię oglądać flaki i jeść przy tym tosty, przy moim porodzie ginekolog uciekł z sali i mam fobię szkolną, poza tym twierdzę, że Titanic nadal płynie, to...
No właśnie, co?
Poza tym coraz bardziej zaczynam wierzyć w katolickiego boga, bo tylko on mógł wymyślić takie dziwadło jak ja.
Amen.
I na koniec, już prawie tradycyjnie, dobra muzyka :)
Nie, nie wyciągnęłam żadnych wniosków. Po prostu miałam zajęcie na jakieś 10 minut :)
Siedzę i próbuję się zebrać w sobie, żeby napisać o kilku ważnych rzeczach, które poniekąd w magiczny sposób utrudniają mi życie, ale im bardziej nad tym myślę, tym bardziej wydaje mi się to głupie i egoistyczne. Więc, przykro mi, ale nie będzie posta o moich problemach psychicznych (ale na przyszłość radzę zapamiętać, że jestem kopnięta, to Wam może uratować życie ;)).
Mam dzisiaj średnio dobry dzień i jedyna rzecz, która mnie cieszy, to to, że mój pies reaguje na śnieg tak samo, jak ja. Czyli jak idiota, który zobaczył bateryjkę. Bo reszta domowników chodzi i zrzędzi jakby byli starsi o co najmniej 40 lat. Ocieć zrzędzi, że nie ma pieniędzy i pracy. Mamcia zrzędzi, że ma pracę, ale nie ma pieniędzy, między tym zrzędzeniem truje mi głowę, że nie pokazuję jej zawartości mojego bloga i Fejsa (heloł?!) i dzierga bombki. Dzierga i dzierga i dzierga, a Ocieć ogląda w TV wszystko jak leci.
Dobra, skoro ludzie się składają na kasę dla chorych dzieci, to niech ktoś mi się zrzuci na testy DNA? Bo ja muszę mieć pewność, że ja jestem dzieckiem swoich rodziców. Bo to mi się wydaje mało możliwe. Chociaż mówią, że ni ch*j, bo jestem za podobna :|. Nie żebym była pustakiem, ale jakim cudem ja jestem dzieckiem dwóch w taki cholernie ogromny sposób ograniczonych ludzi?!
Zaraz się zamknę w sobie i będę rozmawiała ze swoim wnętrzem, bo nie ma z kim (Dżeki po minucie mojego monologu uśmiecha się jak debil i drepta gdzieś, po czym wraca z piłką, czy innym swoim instrumentem roboczym. Chociaż on nie udaje, że mnie rozumie, albo, że chce zrozumieć). Chociaż kurde, mnie się nie da zrozumieć, więc czego ja chcę?
No dobra, nie da się, ale kilka osób jest blisko celu ;). Ale te osoby ze mną nie mieszkają, ku mojej rozpaczy :|. Niedługo zacznę sobie wymyślać ludzi i z nimi gadać. Bo do siebie, to już gadam :D. Polecam, fajne uczucie ;)
Mam ochotę kupić sobie siekierkę i kogoś zaciupać. Wsadzą mnie do wariatkowa i będę się utrzymywała za wasze podatki.
Przed chwilą oberwałam za dobitne wyrażenie swojej dezaprobaty wobec Oćća, któremu się nie podoba słuchana przeze mnie muzyka(generalizując - wyśmiał ją). Powiedziałam to, co każdy Polak by powiedział i usłyszałam, że jestem niewychowana.
Ta, jak oni się kłócą i mają takie słowa jako przecinki to ja NIC nie mogę powiedzieć.
Wierzcie mi ,w psychiatryku jest normalniej, niż u mnie w domu. (Kusia potwierdzi!).
Wracając do siekierki, jutro mam historię. Świetna okazja, tylko nie zdążę z siekierką :(. Psyklo.
Co do słuchania Tatu - wiecie, że one nie były lesbijkami? To był pomysł jakiegoś niespełnionego psychologa, który był ich managerem. Udawanie uczuć między nimi miało służyć wywoływaniu większego szumu wokół. Mi się wydaje, że to było trochę eksperymentatorskie i szkoda, że ten pan nie napisał na ten temat pracy doktorskiej, no ale cóż. A tak na serio, to czy ktokolwiek wie, o czym one śpiewają? Nie, bo nikomu się nie chce tego tłumaczyć i lepiej słuchać papki o tym jaki styl ma zespół Psy, albo o Telo, który poszedł na imprezę. Gratuluję, jesteście super.
I potem mnie nikt nie rozumie. Bo mówię o rzeczach nie z tego świata. Gdybym na dokładkę zaserwowała informację o tym, że lubię oglądać flaki i jeść przy tym tosty, przy moim porodzie ginekolog uciekł z sali i mam fobię szkolną, poza tym twierdzę, że Titanic nadal płynie, to...
No właśnie, co?
Poza tym coraz bardziej zaczynam wierzyć w katolickiego boga, bo tylko on mógł wymyślić takie dziwadło jak ja.
Amen.
I na koniec, już prawie tradycyjnie, dobra muzyka :)
wtorek, 27 listopada 2012
o16. "I can't wait for Christmas"
Zaczęło się.
Nie, nie koniec świata.
Święta Bożego Narodzenia się zaczęły!
Ze sklepowych półek dawno już poznikały znicze, więc mamy choineczki, reniferki, mikołajki, misie polarne, aniołki i inne duperele.
Dobra, może ja mam odpały i słucham kolęd we wrześniu. Ale czy inni też mają mieć odpały i wystawiać ozdoby choinkowe na samym początku listopada? Jakiś czas temu ni Chińczyka nie mogłam zrozumieć tego systemu, ale w tym roku coś mi się zapaliło w moim ociężałym umyśle i mnie olśniło. Przecież to jasne, jak słońce - jak wystawimy wcześniej, będziemy mieli przewagę - kupią u nas, to potem u konkurencji już nie. Im wcześniej, tym większa przewaga. Sprytnie, co?
Tylko ci wszyscy spryciarze psują nam Święta wyskakując ponad miesiąc wcześniej z całą tą swoją tandetą. Bo ile można oglądać tych choineczek, bombeczek i światełek?! Ja rozumie, mamy kryzys, bla, bla, bla, ale to naprawdę nie jest, kurde, fajne. No ale, ale, żyjemy w dziwnym kraju nad Wisłą...
Poza tym, przydałby się jakiś śnieg. ŚNIEG, a nie DESZCZ.
Co do końca świata - muszę w tym roku ubrać wcześniej choinkę. No bo co, ja choinki nie ubiorę, zanim umrę?! Tragedia narodowa na miarę Smoleńska. A tam, nie będzie końca świata. Majom się po prostu głaz czy co tam innego skończyło, a my się przejmujemy. Trochę by było szkoda nie podejść do matury...(chociaż moja i tak jest pod znakiem zapytania...). No i nie pojadę na Sylwestra w góry. Jak mawia kolega mój, Jakub "Smutek w moim sercu, łzy w moich oczach".
A teroz, panocki, posłuchomy se dobryj muzycki! (i pomodlimy się o ŚNIEG (nie o DESZCZ))
Nie, nie koniec świata.
Święta Bożego Narodzenia się zaczęły!
Ze sklepowych półek dawno już poznikały znicze, więc mamy choineczki, reniferki, mikołajki, misie polarne, aniołki i inne duperele.
Dobra, może ja mam odpały i słucham kolęd we wrześniu. Ale czy inni też mają mieć odpały i wystawiać ozdoby choinkowe na samym początku listopada? Jakiś czas temu ni Chińczyka nie mogłam zrozumieć tego systemu, ale w tym roku coś mi się zapaliło w moim ociężałym umyśle i mnie olśniło. Przecież to jasne, jak słońce - jak wystawimy wcześniej, będziemy mieli przewagę - kupią u nas, to potem u konkurencji już nie. Im wcześniej, tym większa przewaga. Sprytnie, co?
Tylko ci wszyscy spryciarze psują nam Święta wyskakując ponad miesiąc wcześniej z całą tą swoją tandetą. Bo ile można oglądać tych choineczek, bombeczek i światełek?! Ja rozumie, mamy kryzys, bla, bla, bla, ale to naprawdę nie jest, kurde, fajne. No ale, ale, żyjemy w dziwnym kraju nad Wisłą...
Poza tym, przydałby się jakiś śnieg. ŚNIEG, a nie DESZCZ.
Co do końca świata - muszę w tym roku ubrać wcześniej choinkę. No bo co, ja choinki nie ubiorę, zanim umrę?! Tragedia narodowa na miarę Smoleńska. A tam, nie będzie końca świata. Majom się po prostu głaz czy co tam innego skończyło, a my się przejmujemy. Trochę by było szkoda nie podejść do matury...(chociaż moja i tak jest pod znakiem zapytania...). No i nie pojadę na Sylwestra w góry. Jak mawia kolega mój, Jakub "Smutek w moim sercu, łzy w moich oczach".
A teroz, panocki, posłuchomy se dobryj muzycki! (i pomodlimy się o ŚNIEG (nie o DESZCZ))
środa, 10 października 2012
o15. Tak mi smutno, tak mi źle, jak cię nie ma na FB!
Dzisiaj będzie na temat, który wkurza mnie już dosyć długo.
Hejterzy Facebooka.
Znaaaacie. Nie mówcie, że nie.
"Fejs to pożeracz czasu, nie masz tylu znajomych w realu, żyjesz w świecie, którego nie ma, bla bla bla"
Wiecie co? Wypchajcie się.
Jestem biedna, moi znajomi są biedni, nie stać nas na rozmowy i SMS'y, mamy do siebie daleko, to co, mamy olać fejsa i tym samym siebie nawzajem, bo nie możemy się spotkać w realu ani pogadać przez telefon?! Do k***y nędzy, zastanówcie się.
Przepraszam za użycie tego strasznego czasownika jakim jest "zastanowić się". Wiem, zgorszyłam Was.
Nie zabraniam nikomu żyć bez fejsa, czy w jakikolwiek inny sposób. Ale do cholery, nie róbcie z tego religii i nie pukajcie do drzwi mojego rozumu jak Świadkowie Jehowy!
Eeee...A może to działa w inny sposób, hę? Odeszli od fejsa, a teraz szukają znajomych w realu i mają z tym problem, więc zmuszają innych do robienia tego samego?
Sam Pan Bóg raczy wiedzieć, o co tym ludziom chodzi. Bo nie wierzę, że oni chcą poprawić mój byt, bo świat jest na to za chamski. Facebooka chcą zniszczyć? Ludzi wkurzać? Gospodarkę zawalić?
Nie wiem.
Sprawa numer dwa.
Lubienie swojego statusu. Cholera, jak coś lubię, to będę to lubiła. Opublikuję sobie cytat z ulubionej książki, to co w tym złego, że lubię? Jak bym nie lubiła to bym nie publikowała!
Inna rzecz - sam status. Pamiętacie jeszcze czasu Gadu - Gadu? Tam też było coś takiego jak STATUS i można było sobie w tym STATUSIE napisać "Smutno mi, średnik nawias" i jakoś nikt się do tego nie przywalał, więc dlaczego teraz w STATUSIE na fejsie nie mogę sobie napisać "Mam zły dzień, wszystko jest do kitu", bo zaraz dostanę komentarz "Wzruszyła mnie twoja historia", albo "To bardzo ciekawe!". Tak się czuję, więc tak sobie ustawiam, tak mi się podoba i już. Bo może potrzebuję jakiejś pociechy od kogoś życzliwego, a nie głupich komentarzy? Albo potrzebuję spokoju? Albo mam potrzebę powiedzenia całemu światu, że mam zły humor?! Albo cokolwiek?!
Ludzie. Apeluję do waszych piątych klepek. Uruchomcie je, przydają się. Naprawdę. Może macie do tego jakiś guziczek (może akurat w innej części ciała niż głowa), albo jak walniecie głową w coś to się włączy, albo może poproście (lub nie prośbie, może sam się nawinie) kogo, niech Wam przywali. Ale włączcie myślenie. Logiczne, nie jakieś takie nijakie. Będę wdzięczna. A i jeszcze jedno...
Jak macie się wpierdalać to w swoje życie.
Dziękuję, dobranoc.
Hejterzy Facebooka.
Znaaaacie. Nie mówcie, że nie.
"Fejs to pożeracz czasu, nie masz tylu znajomych w realu, żyjesz w świecie, którego nie ma, bla bla bla"
Wiecie co? Wypchajcie się.
Jestem biedna, moi znajomi są biedni, nie stać nas na rozmowy i SMS'y, mamy do siebie daleko, to co, mamy olać fejsa i tym samym siebie nawzajem, bo nie możemy się spotkać w realu ani pogadać przez telefon?! Do k***y nędzy, zastanówcie się.
Przepraszam za użycie tego strasznego czasownika jakim jest "zastanowić się". Wiem, zgorszyłam Was.
Nie zabraniam nikomu żyć bez fejsa, czy w jakikolwiek inny sposób. Ale do cholery, nie róbcie z tego religii i nie pukajcie do drzwi mojego rozumu jak Świadkowie Jehowy!
Eeee...A może to działa w inny sposób, hę? Odeszli od fejsa, a teraz szukają znajomych w realu i mają z tym problem, więc zmuszają innych do robienia tego samego?
Sam Pan Bóg raczy wiedzieć, o co tym ludziom chodzi. Bo nie wierzę, że oni chcą poprawić mój byt, bo świat jest na to za chamski. Facebooka chcą zniszczyć? Ludzi wkurzać? Gospodarkę zawalić?
Nie wiem.
Sprawa numer dwa.
Lubienie swojego statusu. Cholera, jak coś lubię, to będę to lubiła. Opublikuję sobie cytat z ulubionej książki, to co w tym złego, że lubię? Jak bym nie lubiła to bym nie publikowała!
Inna rzecz - sam status. Pamiętacie jeszcze czasu Gadu - Gadu? Tam też było coś takiego jak STATUS i można było sobie w tym STATUSIE napisać "Smutno mi, średnik nawias" i jakoś nikt się do tego nie przywalał, więc dlaczego teraz w STATUSIE na fejsie nie mogę sobie napisać "Mam zły dzień, wszystko jest do kitu", bo zaraz dostanę komentarz "Wzruszyła mnie twoja historia", albo "To bardzo ciekawe!". Tak się czuję, więc tak sobie ustawiam, tak mi się podoba i już. Bo może potrzebuję jakiejś pociechy od kogoś życzliwego, a nie głupich komentarzy? Albo potrzebuję spokoju? Albo mam potrzebę powiedzenia całemu światu, że mam zły humor?! Albo cokolwiek?!
Ludzie. Apeluję do waszych piątych klepek. Uruchomcie je, przydają się. Naprawdę. Może macie do tego jakiś guziczek (może akurat w innej części ciała niż głowa), albo jak walniecie głową w coś to się włączy, albo może poproście (lub nie prośbie, może sam się nawinie) kogo, niech Wam przywali. Ale włączcie myślenie. Logiczne, nie jakieś takie nijakie. Będę wdzięczna. A i jeszcze jedno...
Jak macie się wpierdalać to w swoje życie.
Dziękuję, dobranoc.
piątek, 5 października 2012
o14. Cingciungniungtatungakamkam opa gangnam stajl!
Po świetlistym czasie "Nosa nosa..." mamy nowy hit.
Jest tak świetny, że nie da się go przerobić na misheard, nad czym boleję. Jest też tak świetny, że nikt nic z niego nie rozumie. "Nosa..." miało fabułę : poszedł na imprezkę, spotkał laskę, chciał ją złapać, ale nie mógł. A "Gangnam Style" ma...cóż, ma "Gangnam Style". I nic poza tym. I do tego powtórzone tyle razy, że mój mózg robi się breją. To już wolałam Gotye bolejącego nad tym, że kogoś znał i już nie zna, czy Telo, chcącego złapać laskę.
Cholera, może to się wkręca. Cholera, może przy tym się można bawić w klubie.
Ale dlaczego tego słuchać?!
Dobra. Słuchanie, słuchaniem. Ale widzenie w tym jakiejś wartości to już przesada.
Nie chciałabym się obudzić któregoś dnia i stwierdzić, że jakiś Azjata w śmiesznych okularkach pożarł doszczętnie Chopina, Mozarta, czy choćby Epicę, czy cokolwiek innego!
1sze miejsce na liśćie Jutuba. To już gość od amelinium jest bardziej sensowny! Przynajmniej wiemy jak malować traktor, ludzie!
Czuję się tak zgorszona jakby mi ktoś podał spaghetti bolognese z niedogotowanym makaronem i bez mięsa.
Czy Jutube nie miało przypadkiem służyć promowaniu ludzi o większych aparycjach niż Psy, Telo, albo Tacabro (ten od jakże mądrego i posiadającego przesłanie hitu "Tacata").
Z żałości pójdę na jakiś kierunek techniczny i zostanę żeńską wersją Jigsaw'a.
Jest tak świetny, że nie da się go przerobić na misheard, nad czym boleję. Jest też tak świetny, że nikt nic z niego nie rozumie. "Nosa..." miało fabułę : poszedł na imprezkę, spotkał laskę, chciał ją złapać, ale nie mógł. A "Gangnam Style" ma...cóż, ma "Gangnam Style". I nic poza tym. I do tego powtórzone tyle razy, że mój mózg robi się breją. To już wolałam Gotye bolejącego nad tym, że kogoś znał i już nie zna, czy Telo, chcącego złapać laskę.
Cholera, może to się wkręca. Cholera, może przy tym się można bawić w klubie.
Ale dlaczego tego słuchać?!
Dobra. Słuchanie, słuchaniem. Ale widzenie w tym jakiejś wartości to już przesada.
Nie chciałabym się obudzić któregoś dnia i stwierdzić, że jakiś Azjata w śmiesznych okularkach pożarł doszczętnie Chopina, Mozarta, czy choćby Epicę, czy cokolwiek innego!
1sze miejsce na liśćie Jutuba. To już gość od amelinium jest bardziej sensowny! Przynajmniej wiemy jak malować traktor, ludzie!
Czuję się tak zgorszona jakby mi ktoś podał spaghetti bolognese z niedogotowanym makaronem i bez mięsa.
Czy Jutube nie miało przypadkiem służyć promowaniu ludzi o większych aparycjach niż Psy, Telo, albo Tacabro (ten od jakże mądrego i posiadającego przesłanie hitu "Tacata").
Z żałości pójdę na jakiś kierunek techniczny i zostanę żeńską wersją Jigsaw'a.
poniedziałek, 24 września 2012
o13. Szkoła uczuć
Czego nas uczą w szkole? Czytania dzieł Mickiewicza, reakcji chemicznych, ,,spik po inglisz", robienia tabeli w Wordzie i innych bzdet. I wszystko to mamy "prawie gratis". W polskich placówkach oświatowych mamy więc szeroki wachlarz możliwości rzeczy do nauczenia. Tylko dlaczego nie dają nam szansy na uczenie się siebie i innych?
Polskie szkoły ograniczają się tylko do standardów, a co najwyżej przedmiotów typu WDŻ, na których to oglądamy te wszystkie niskobudżetowe filmy o aparycji "Ukrytej Prawdy", w których jeden aktor gra ćpuna, potem dresa, a w końcu ofiarę napaści, aż się człowiekowi gotuje we łbie i wydaje mu się, że ćpun zaćpał tak, że wydawało mu się, że jest dresem, a na końcu go napadli. Filmy te pokazują nam skutki palenia, picia, czy przygodnego seksu (tak, napisałam seksu). A ja się pytam, dlaczego nikt nie uczy nas, jak mamy panować nad własnymi emocjami, żebyśmy nie musieli szukać pocieszenia z butelką/papierosem/jointem/dziwką/alfonsem u boku?! Dlaczego nikt nie uczy nas trudnego alfabetu emocji, w którym się gubimy?
Oczywiście w Polsce nie można, za to w USA - owszem. Skuteczne programy przeprowadzone już w szkołach podstawowych. Lepsze kontakty z rówieśnikami, asertywność, samokontrola, mniej agresji. Prawda, że brzmi całkiem nieźle? Może przy wczesnym stosowaniu takich programów obyłoby się bez tych głupawych filmów? Bo człowiek asertywny nie sięgnie po dragi, bo będzie umiał odmówić. Bo jak dres będzie panował nad agresją, to ktoś nie dostanie po mordzie.
Trudno to powiedzieć za nas wszystkich, młodych, gniewnych i samodzielnych, ale muszę: Sami się życia nie nauczymy. A jeśli znajdziemy się w miejscu, które uczy nas tzw" zasady twardego tyłka", to nauczą nas tak żyć, żebyśmy prędzej, czy później pasożytowali w kiciu za pieniądze podatników. Tym bardziej, że często pomocy znikąd nie chcemy, albo co gorsza - jest za późno.
Dobrze by było, żeby ktoś pomyślał. Bo na dzieciaków z podstawówki patrzy się coraz gorzej. Ja patrzę i pytam - "Narodzie, gdzież przyszłość twa?!"
Aż mi się gotuje odpowiedź. Ale chyba już dosyć nabluźniłam?
Polskie szkoły ograniczają się tylko do standardów, a co najwyżej przedmiotów typu WDŻ, na których to oglądamy te wszystkie niskobudżetowe filmy o aparycji "Ukrytej Prawdy", w których jeden aktor gra ćpuna, potem dresa, a w końcu ofiarę napaści, aż się człowiekowi gotuje we łbie i wydaje mu się, że ćpun zaćpał tak, że wydawało mu się, że jest dresem, a na końcu go napadli. Filmy te pokazują nam skutki palenia, picia, czy przygodnego seksu (tak, napisałam seksu). A ja się pytam, dlaczego nikt nie uczy nas, jak mamy panować nad własnymi emocjami, żebyśmy nie musieli szukać pocieszenia z butelką/papierosem/jointem/dziwką/alfonsem u boku?! Dlaczego nikt nie uczy nas trudnego alfabetu emocji, w którym się gubimy?
Oczywiście w Polsce nie można, za to w USA - owszem. Skuteczne programy przeprowadzone już w szkołach podstawowych. Lepsze kontakty z rówieśnikami, asertywność, samokontrola, mniej agresji. Prawda, że brzmi całkiem nieźle? Może przy wczesnym stosowaniu takich programów obyłoby się bez tych głupawych filmów? Bo człowiek asertywny nie sięgnie po dragi, bo będzie umiał odmówić. Bo jak dres będzie panował nad agresją, to ktoś nie dostanie po mordzie.
Trudno to powiedzieć za nas wszystkich, młodych, gniewnych i samodzielnych, ale muszę: Sami się życia nie nauczymy. A jeśli znajdziemy się w miejscu, które uczy nas tzw" zasady twardego tyłka", to nauczą nas tak żyć, żebyśmy prędzej, czy później pasożytowali w kiciu za pieniądze podatników. Tym bardziej, że często pomocy znikąd nie chcemy, albo co gorsza - jest za późno.
Dobrze by było, żeby ktoś pomyślał. Bo na dzieciaków z podstawówki patrzy się coraz gorzej. Ja patrzę i pytam - "Narodzie, gdzież przyszłość twa?!"
Aż mi się gotuje odpowiedź. Ale chyba już dosyć nabluźniłam?
sobota, 8 września 2012
o12. Ballady i romanse...
Wyobrażacie sobie, jaką tragedią jest koniec gazu podczas gotowania obiadu? Wielką. Wczoraj wobec tej tragedii zostałam wysłana do piwnicy po kuchenkę elektryczną, z zapewnieniem, że jest na wierzchu. Okazało się, że nie ma jej nigdzie, ani na wierzchu, ani pod spodem i nadal się zastanawiam co Ocieć z nią u licha, zrobił... Szukając kuchenki natrafiłam na reklamówkę z dziwną zawartością. Jakieś papierzyska, papierzyska...I - o zgrozo - książka Bystrzyckiej! Mój wewnętrzny mól książkowy zadrżał w trwodze na takie traktowanie książek, głabnęłam więc torbę i poszłam do domu. Powitana wiwatami mamy, zakończyłam brutalnie jej radość, uświadamiając krótko, że reklamówka zawiera książkę i jakieś listy. Listy okazały się listami Mamci do Oćca w wojsku, oraz odwrotnie, a także innych osób, także do Oćca w wojsku. Mamcia mieszkała wtedy na XX-lecia PRL (później przemianowanego na Wyszyńskiego, którym jest do dzisiaj), a Ocieć miał jakiś porąbany adres w jednostce w Legnicy. Ku radości Mamci znalazły się także listy od jej koleżanki z Nowej Huty, ale to inny temat jest.
Prośbami i groźbami zdobyłam listy Mamci i mnożąc ich treść przez objętość stwierdzam, że chyba naprawdę musiała kochać Oćca, bo żadna dziewczyna w klasie maturalnej nie pisze listów w takich ilościach. Upstrzone serduszkami, rysunkami, wierszykami, żartami, a nawet i niekiedy krzyżówką, stanowiące świetną lekturę leżały sobie latami przy silniku od pralki! Jednak wyperswadowanie Mamci wydanie tych listów od niej to Oćca i vice versa zaskutkowało popukaniem się w łepetynkę i pytaniem czy ja zgłupiałam! Nikt nie docenia moich ambicji krytyka literackiego. Samych listów Mamci jest 40, a w odwrotną stronę będzie jeszcze więcej.
Czeka mnie sporo lektury. A "Przedwiośnie" się kurzy.
Zdążę. Skoro oni zdążyli się hajtnąć, zanim znowu któreś się rozmyśliło to ja zdążę przeczytać "Przedwiośnie do wtorku" ;)
Prośbami i groźbami zdobyłam listy Mamci i mnożąc ich treść przez objętość stwierdzam, że chyba naprawdę musiała kochać Oćca, bo żadna dziewczyna w klasie maturalnej nie pisze listów w takich ilościach. Upstrzone serduszkami, rysunkami, wierszykami, żartami, a nawet i niekiedy krzyżówką, stanowiące świetną lekturę leżały sobie latami przy silniku od pralki! Jednak wyperswadowanie Mamci wydanie tych listów od niej to Oćca i vice versa zaskutkowało popukaniem się w łepetynkę i pytaniem czy ja zgłupiałam! Nikt nie docenia moich ambicji krytyka literackiego. Samych listów Mamci jest 40, a w odwrotną stronę będzie jeszcze więcej.
Czeka mnie sporo lektury. A "Przedwiośnie" się kurzy.
Zdążę. Skoro oni zdążyli się hajtnąć, zanim znowu któreś się rozmyśliło to ja zdążę przeczytać "Przedwiośnie do wtorku" ;)
poniedziałek, 30 lipca 2012
o11. Gdybym miała karabin...
...to bym go sprzedała i kupiła rower.
Serio. Taki porządny, który by nie skrzypiał, któremu by działały przerzutki i który byłby lekki. Jakby mi zostało z tego karabinu dokupiłabym jeszcze plecak. Turystyczny. A potem bym jeszcze sprzedała gitarę, telefon, komputer i co by tylko się nadawało do sprzedania. Biżuterię. Książki. Spakowałabym do tego plecaka to, co mi zostanie i pojechała na tym rowerze w pizdu zostawiając kartkę "Teraz możecie mnie pocałować w cztery litery".
Szkoda mi tylko psa, bo kto mu będzie kupował psie ciacha?
I jeszcze jednej rzeczy byłoby mi szkoda... I to wszystko.
Mam dzisiaj tak cholernie zły nastrój że albo pójdę sprzątać, albo już nic mi nie pomoże.
A tak na serio to potrzebuję księcia na koniu. Księcia by się jakoś załatwiło i w końcu bym sobie mogła "patatajać". Ale jak do tej pory żadnego nie zdobyłam, chyba jakiś deficyt.
Żeby was nie zostawiać z tek beznadziejnie bezsensownym postem chciałam dać coś z mojego starego zeszytu z wierszami, ale jestem tak wściekła, że chyba nic nie wybiorę.
To dostaniecie jakiś stary kawałek prozy o tytule "Bidul" napisany chyba dosyć dawno.
Serio. Taki porządny, który by nie skrzypiał, któremu by działały przerzutki i który byłby lekki. Jakby mi zostało z tego karabinu dokupiłabym jeszcze plecak. Turystyczny. A potem bym jeszcze sprzedała gitarę, telefon, komputer i co by tylko się nadawało do sprzedania. Biżuterię. Książki. Spakowałabym do tego plecaka to, co mi zostanie i pojechała na tym rowerze w pizdu zostawiając kartkę "Teraz możecie mnie pocałować w cztery litery".
Szkoda mi tylko psa, bo kto mu będzie kupował psie ciacha?
I jeszcze jednej rzeczy byłoby mi szkoda... I to wszystko.
Mam dzisiaj tak cholernie zły nastrój że albo pójdę sprzątać, albo już nic mi nie pomoże.
A tak na serio to potrzebuję księcia na koniu. Księcia by się jakoś załatwiło i w końcu bym sobie mogła "patatajać". Ale jak do tej pory żadnego nie zdobyłam, chyba jakiś deficyt.
Żeby was nie zostawiać z tek beznadziejnie bezsensownym postem chciałam dać coś z mojego starego zeszytu z wierszami, ale jestem tak wściekła, że chyba nic nie wybiorę.
To dostaniecie jakiś stary kawałek prozy o tytule "Bidul" napisany chyba dosyć dawno.
Duży, szary budynek
na obrzeżach miasta. Zamknięty w szponach potężnego ogrodzenia. W środku
odrapane ściany, wszędzie schodząca ,,ciemna żółć'' farby, popękany sufit,
skrzypiące, albo niedomykające się drzwi. Ciemny korytarz. Ciemny, bo większość
żarówek się przepaliła, ale nikt ich nie wymienia. Korytarz się ciągnie, po obu
stronach miliony drzwi z numerkami. W każdym z nich stare, zniszczone meble-
cztery łóżka, jakaś szafa, biurko, czasem dwa. Na końcu ponurego korytarza znów
drzwi, tym razem potężniejsze, z tabliczką ,,Świetlica''. Za nimi wielka sala.
Na ścianie bohaterowie z ,,Kubusia Puchatka''. Tu jest już mniej ponuro. Może
przez te malunki na ścianach, a może przez porozrzucane w kątach zabawki? A
może to przez maluchy siedzące gdzie się da, skupione na zabawie, czy
rysowaniu. Niektóre w grupach, niektóre same, w swoim kąciku. Przy oknie siedzi
mała Agnieszka. Jest tu właściwie od zawsze, bo jej nikt nie chciał już zanim
się urodziła. Teraz ma już siedem lat, ale nigdy do nikogo nie powiedziała ,,mama''
ani ,,tata''. Teraz, z namaszczeniem, ubiera lalkę w śpioszki. A tam, przy
stoliku siedzi Antoś. Zawsze, kiedy z kimś rozmawia, mówi, że ,,mama go nie
chciała, bo był niegrzeczny''. Za rok pójdzie do Pierwszej Komunii. Z domu
pamięta tylko wyzwiska i bicie. Często można go zobaczyć, jak siedzi przy
stoliku i rysuje. Kiedyś, w przyszłości chce być malarzem. A naprzeciw Antosia
siedzi o rok od niego starsza Basia. Przegląda książeczkę o Brzydkim Kaczątku,
ale widać, że bardzo się niecierpliwi. Bo za chwilę przyjdą po nią nowi
rodzice. Obiecali jej własnego kucyka, dużo ślicznych lalek i misiów. Ale czy
dotrzymają słowa? Tam dalej, w kąciku siedzi Karolinka. Nikt nie mówi na nią
inaczej, tylko właśnie Karolinka. Bo kiedy się na nią patrzy, to nie można powiedzieć
inaczej. Ale jej i tak jest wszystko jedno, jak na nią mówią. Byleby
przytulali. Tak mocno, jak na przykład pani Alutka, opiekunka. Kiedy Karolinka
widzi panią Alutkę uśmiecha się. A robi to bardzo rzadko. Ma sześć lat. Ale nie
można jej rozśmieszyć słowami. Karolinka od urodzenia nie słyszy, ani nie mówi.
Jej mama jej takiej nie chciała. Zostawiła ją pod bramą, malutką, bezbronną.
Znalazła ją właśnie pani Alutka. I od razu pokochała. Dzieci też ją pokochały.
Ale nie wiedzą, jak mają się z nią bawić, skoro ona nie wie, jak zrobić bal dla
lalek, czy bawić się w berka. Dlatego najczęściej siedzi sama w kącie i
przytula się do misia. Niedaleko niej siedzi Michaś i próbuje napisać coś dla
mamy. Bardzo chcę ładnie pisać każdą literkę, ale nie zawsze mu to wychodzi. Ma
siedem lat i widział się ze swoją mamą kilka razy. Kiedyś słyszał, jak
opiekunki mówiły, że jest ,,na odwyku''. Michaś nie wie co to znaczy, bo jemu
powiedziały, że mamusia jest chora, ale kiedyś lekarze ją wyleczą i wtedy wróci
do domu. I będą sobie mieszkać razem, on i mama i będzie fajniej niż dawniej.
Bo kiedyś mama go biła i wyzywała. Za to, że pobrudził spodnie. Za to, że wylał
wodę na posadzkę. Za to, że zgubił dwa złote.
Ale teraz już go nie
bije, ani nie krzyczy. Nawet jak nabroi. Michaś bardzo chce, żeby dalej tak
było.
Surowy, szary
budynek, dookoła rdzewiejące ogrodzenie. Zniszczone drzwi, krzesła ściany,
podłoga i sufit. Dziesiątki łóżeczek, zabawek, szklanek, talerzy, sztućców. I
dziesiątki dzieci, które pragną miłości. Ale nie zawsze ją dostają...
poniedziałek, 23 lipca 2012
o10. Co idiotki robią nocą?
Co tam jakieś króliczki Playboy'a. Co tam żony zdradzające mężów. Co tam prostytutki. Co tam imprezowiczki.
Prawdziwie ciekawe jest moje nocne życie.
Chciałam być eko i w ogóle oszczędna, to sobie zgasiłam żarówkę czerpiąc światło z nowo zdobytej świeczki. Która była do... i co chwilę gasła. Pomajtałam trochę, rozlałam wosk po ściankach i głab za zapałki. W kulminacyjnym momencie, kiedy zapałka dosięgała knota, świecy zachciało się tendencji spadkowej i wspomagana siłą grawitacji rąbnęła na biurko, wychodząc z tego wypadku z rysą na szkle. Na biurku leży sobie zamknięty laptop, stos bibelotów, za laptopem monitor od Dziadka Henia (tak nazywamy nasz domowy stacjonarny). Wszystko wyglądało cholernie artystycznie i abstrakcyjnie i chętnie bym to zostawiła (pomijając moje spodnie) ale Mama nie lubi sztuki nowoczesnej, a Tata sprzętu, który nie wygląda jak nowy (szczególnie, jeśli za niego zapłacił). Bo w końcu najbardziej ucierpiał laptop.
I co robić?
Zapadła cisza, mącona jedynie chrapaniem Taty w pokoju obok (jak Mama może spać z kimś takim? Poza tym gada i kopie!).
Podziękowałam wtedy opatrzności za moją plastyczkę, która nam kiedyś powiedziała, jak usunąć plamy z wosku.
Widzieliście kiedyś dziewczynę, która prasuje laptopa przez chusteczkę higieniczną? Widok godny filmu na Jutube.
Co jeszcze robię w nocy? Słucham Kaczmarskiego (nie wiem po jaką cholerę), piję mineralną z butelki po Desperadosie, szukam zgubionych rzeczy i produkuję się, bo wtedy mam najlepszą wenę.
Ach i czasami jeszcze oglądam po raz milionowy ostatnią scenę z "Titanica" i ryczę, że skończyłam 18lat, nie płynęłam po Atlantyku i nie spotkałam faceta z którym chciałam być na całe życie, a który zamarzł i nie będę miała takiej fantastycznej śmierci.
W następnej notce coś konstruktywnego, obiecuję.
Dobranoc i niech się Wam przyśni coś lepszego, niż mi...Może Isla Bonita?
Prawdziwie ciekawe jest moje nocne życie.
Chciałam być eko i w ogóle oszczędna, to sobie zgasiłam żarówkę czerpiąc światło z nowo zdobytej świeczki. Która była do... i co chwilę gasła. Pomajtałam trochę, rozlałam wosk po ściankach i głab za zapałki. W kulminacyjnym momencie, kiedy zapałka dosięgała knota, świecy zachciało się tendencji spadkowej i wspomagana siłą grawitacji rąbnęła na biurko, wychodząc z tego wypadku z rysą na szkle. Na biurku leży sobie zamknięty laptop, stos bibelotów, za laptopem monitor od Dziadka Henia (tak nazywamy nasz domowy stacjonarny). Wszystko wyglądało cholernie artystycznie i abstrakcyjnie i chętnie bym to zostawiła (pomijając moje spodnie) ale Mama nie lubi sztuki nowoczesnej, a Tata sprzętu, który nie wygląda jak nowy (szczególnie, jeśli za niego zapłacił). Bo w końcu najbardziej ucierpiał laptop.
I co robić?
Zapadła cisza, mącona jedynie chrapaniem Taty w pokoju obok (jak Mama może spać z kimś takim? Poza tym gada i kopie!).
Podziękowałam wtedy opatrzności za moją plastyczkę, która nam kiedyś powiedziała, jak usunąć plamy z wosku.
Widzieliście kiedyś dziewczynę, która prasuje laptopa przez chusteczkę higieniczną? Widok godny filmu na Jutube.
Co jeszcze robię w nocy? Słucham Kaczmarskiego (nie wiem po jaką cholerę), piję mineralną z butelki po Desperadosie, szukam zgubionych rzeczy i produkuję się, bo wtedy mam najlepszą wenę.
Ach i czasami jeszcze oglądam po raz milionowy ostatnią scenę z "Titanica" i ryczę, że skończyłam 18lat, nie płynęłam po Atlantyku i nie spotkałam faceta z którym chciałam być na całe życie, a który zamarzł i nie będę miała takiej fantastycznej śmierci.
W następnej notce coś konstruktywnego, obiecuję.
Dobranoc i niech się Wam przyśni coś lepszego, niż mi...Może Isla Bonita?
piątek, 20 lipca 2012
oo9. Na tym skrzyżowaniu kierującym pojazdem 1...
Dzisiaj będzie monotematycznie, bo pohejtujemy testy na prawko kat. B.
A z resztą, to jest tak żałosne, że nie ma co hejtować... Bo wiecie, sądzę, iż wiedza, ile trzeba przebywać na terytorium naszej ojczyzny, by dostać polskie prawko jest nam potrzebna jak psu buty... Poza tym, koniecznie musimy wiedzieć, co to jest wymijanie i czym się różni od omijania, tudzież jak kierujący pojazdem powinien postępować w razie znalezienia odciętego palca (cytując Kusię "No na pamiątkę sobie wezmę!"). Ale oczywiście wpierw trzeba wiedzieć, co to jest samochód osobowy, a już koniecznie, co to takiego kolejka turystyczna! Musicie także znać skutki niewłaściwego ustawienia lusterek, nieodśnieżenia szyb, oraz po co robić przeglądy techniczne. Poza tym na pewno przydatna okaże się wiedza, gdzie otrzymać międzynarodowe prawko.
Ludzie, czy wy macie nas za idiotów, którzy nie wiedzą, jakie światło zapala się po żółtym?!
Chyba jednak macie.
Moim zdaniem powinno się załączyć następujące pytania, żeby było jeszcze bardziej głupkowato:
1. Siadanie za kierownicę w stanie skrajnego wyczerpania może skutkować:
A. niemożnością uruchomienia pojazdu samochodowego
B. niemożnością dotarcia do celu
C. zdobyciem dodatkowych punktów karnych, lub otrzymaniem mandatu
2. Kierującemu samochodem osobowym nie wolno:
A. przewozić osób wymiotujących na skutek zatrucia alkoholem
B. wsiadać w brudnym lub mokrym obuwiu do pojazdu
C. przewozić potencjalnie groźnych osób z bronią w ręku
3. Jazdą potencjalnie niebezpieczną określa się tzw jazdę na...
A. ciężki sygnet
B. suchą pachę
C. zimny łokieć
4. Kierujący pojazdem widząc zataczającego się pieszego przez sobą powinien:
A. jechać dalej zakładając, że pieszy za chwilę upadnie i nie wstanie
B. podwieźć pieszego na komisariat jako potencjalne zagrożenie
C. zatrzymać się i krzyknąć "Zdzichu, nie pij więcej!", po czym kontynuować jazdę
5. Kierujący pojazdem samochodowym powinien używać:
A. butów o płaskiej podeszwie, przylegających do stopy
B. butów o możliwie najwyższej podeszwie i ostro zakończonych noskach
C. bosych stóp
Notka z dedykacją dla wszystkich, których czeka egzamin :)
A z resztą, to jest tak żałosne, że nie ma co hejtować... Bo wiecie, sądzę, iż wiedza, ile trzeba przebywać na terytorium naszej ojczyzny, by dostać polskie prawko jest nam potrzebna jak psu buty... Poza tym, koniecznie musimy wiedzieć, co to jest wymijanie i czym się różni od omijania, tudzież jak kierujący pojazdem powinien postępować w razie znalezienia odciętego palca (cytując Kusię "No na pamiątkę sobie wezmę!"). Ale oczywiście wpierw trzeba wiedzieć, co to jest samochód osobowy, a już koniecznie, co to takiego kolejka turystyczna! Musicie także znać skutki niewłaściwego ustawienia lusterek, nieodśnieżenia szyb, oraz po co robić przeglądy techniczne. Poza tym na pewno przydatna okaże się wiedza, gdzie otrzymać międzynarodowe prawko.
Ludzie, czy wy macie nas za idiotów, którzy nie wiedzą, jakie światło zapala się po żółtym?!
Chyba jednak macie.
Moim zdaniem powinno się załączyć następujące pytania, żeby było jeszcze bardziej głupkowato:
1. Siadanie za kierownicę w stanie skrajnego wyczerpania może skutkować:
A. niemożnością uruchomienia pojazdu samochodowego
B. niemożnością dotarcia do celu
C. zdobyciem dodatkowych punktów karnych, lub otrzymaniem mandatu
2. Kierującemu samochodem osobowym nie wolno:
A. przewozić osób wymiotujących na skutek zatrucia alkoholem
B. wsiadać w brudnym lub mokrym obuwiu do pojazdu
C. przewozić potencjalnie groźnych osób z bronią w ręku
3. Jazdą potencjalnie niebezpieczną określa się tzw jazdę na...
A. ciężki sygnet
B. suchą pachę
C. zimny łokieć
4. Kierujący pojazdem widząc zataczającego się pieszego przez sobą powinien:
A. jechać dalej zakładając, że pieszy za chwilę upadnie i nie wstanie
B. podwieźć pieszego na komisariat jako potencjalne zagrożenie
C. zatrzymać się i krzyknąć "Zdzichu, nie pij więcej!", po czym kontynuować jazdę
5. Kierujący pojazdem samochodowym powinien używać:
A. butów o płaskiej podeszwie, przylegających do stopy
B. butów o możliwie najwyższej podeszwie i ostro zakończonych noskach
C. bosych stóp
Notka z dedykacją dla wszystkich, których czeka egzamin :)
czwartek, 19 lipca 2012
oo8. Matkoboskocudowno, czyli powrót wariatki.
Jeeezu.
Trzecia część opowiadania kiedyś tam, bo zgubiłam plik :\
Chrzanić to.
Jutro,a raczej dzisiaj rano znowu jazda. Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez idiotów na drodze.
Moje życie nadal leci jak krew z nosa i nadal boleję nad stratą telefonu, który leży na dnie Jeziora Pątnowskiego, poza tym wczoraj poczułam się młodsza o 3 lata, kiedy pani w Lidlu na Popiełuszki spytała o dowód (w końcu!). Wyglądam aż tak staro, drogie panie kasjerki? Czy też wam się po prostu nie chce? Ciekawe... W każdym bądź razie, dobrze, że pani się odważyła na takie szaleństwo, jak sprawdzenie dowodu. To było bardzo zaskakujące.
Napisałam słitaśną noteczkę, żebyście wiedzieli, że nadal żyję. Lofciam was, dwukropek gwiazdka.
A teraz dobranoc, cobym jutro nie zabijała ludzi.
Trzecia część opowiadania kiedyś tam, bo zgubiłam plik :\
Chrzanić to.
Jutro,a raczej dzisiaj rano znowu jazda. Miejmy nadzieję, że obejdzie się bez idiotów na drodze.
Moje życie nadal leci jak krew z nosa i nadal boleję nad stratą telefonu, który leży na dnie Jeziora Pątnowskiego, poza tym wczoraj poczułam się młodsza o 3 lata, kiedy pani w Lidlu na Popiełuszki spytała o dowód (w końcu!). Wyglądam aż tak staro, drogie panie kasjerki? Czy też wam się po prostu nie chce? Ciekawe... W każdym bądź razie, dobrze, że pani się odważyła na takie szaleństwo, jak sprawdzenie dowodu. To było bardzo zaskakujące.
Napisałam słitaśną noteczkę, żebyście wiedzieli, że nadal żyję. Lofciam was, dwukropek gwiazdka.
A teraz dobranoc, cobym jutro nie zabijała ludzi.
czwartek, 15 marca 2012
Claudette cz. 2
Wyszłam z
pokoju, zamykając z sobą drzwi. Wolałam na to nie patrzeć. Przemiana człowieka
w wampira to najgorszy widok na świecie. Ja zapamiętałam z własnej na szczęście
niewiele. Trudno sobie nawet wyobrazić, co musi przejść człowiek, by stać się
bestią. Koszmar.
Podeszłam do
komody i wzięłam z niej skrzypce, zastanawiając się, co będzie odpowiednie na
ten moment. Miałam ochotę na coś smutnego, ale przecież nie zagram mu pieśni
żałobnej. W końcu zdecydowałam się na Vivaldiego. Na przekór temu, co było za
oknem zaczęłam grać ,,Winter”.
Skrzypce, to
było jedyne, co mi pozostało z mojego poprzedniego życia. Muzyka była moim
całym światem. Poza grą nic innego mi się wychodziło. Często proponowano mi
granie na przyjęciach, ale nigdy nie zdecydowałam się wystąpić przed większą
publicznością, niż moja rodzina i pies. Poczciwy Chester mógłby mnie słuchać
nawet, jeślibym grała na kompletnie rozstrojonych skrzypcach. Odkąd zaczęłam
czynić pierwsze nieudolne próby gry okropnie fałszując, on zawsze kładł się
nieopodal moich nóg, opierał pysk na podanej przeze mnie poduszce i słuchał.
Godzinami potrafił tak leżeć, nie ruszając się. Kiedy odkładałam skrzypce,
wracał do swoich zajęć. W końcu zdechł i choć było to całe lata temu, nadal mi
go brakuje. Od tamtej pory gram sama dla siebie.
Wychowałam
się w niewielkiej kamienicy na przedmieściu Londynu. Ojciec miał własną
fabrykę, matka była nauczycielką. Brat, starszy ode mnie o osiem lat opuścił
rodzinne gniazdo w wieku zaledwie szesnastu lat. Jakiś czas pracował jako
pomocnik w pralni, potem słuch o nim zaginął. Matka zawsze powtarzała mi, że ma
nadzieję, że nie mam tych samych genów, co on. Kiedy w wieku ośmiu lat stałam
się jedynaczką miałam wszystko, czego dusza zapragnie. Nie byliśmy może jedną z
najzamożniejszych rodzin w okolicy, ale pieniądze były jedyna rzeczą, której
nam nie brakowało. Nie mieliśmy za to czasu dla siebie - przez jakiś czas matka
po udzielaniu lekcji miała wolne popołudnia, które spędzaliśmy razem, jednak
kiedy miałam niespełna dziewięć lat, zajęła się pisaniem poradników, za które
wydawcy płacili podobno niemałe pieniądze, ojciec z kolei spędzał większość
dnia w fabryce, a w domu zajmował się biurokracją. Ja miałam lekcje w szkole,
potem lekcje gry w domu, a jeśli zostało mi trochę wolnego czasu, poświęcałam
go na ćwiczeniach, albo przesiadywaniu w kuchni, gdzie urzędowała Nancy, nasza
kucharka. Matka zawsze podkreślała, że przyjęła ją tylko z litości – była
półsierotą, a jej matka kręciła się po okolicznych barach o złej sławie, a z
każdego z nich albo ledwo wychodziła, albo ją wynoszono. Wiele razy słyszałam,
że kiedyś zapije się na śmierć i w końcu pewnego dnia tak się stało, a Nancy
zamieszkała u nas. Lubiłam ją, bo była prostą kobietą, nieco młodszą od mojej mamy.
W jej towarzystwie mogłam mówić, co mi się podobało i robić rzeczy, które przy
rodzicach były surowo zakazane. Najbardziej lubiłam, kiedy Nancy uczyła mnie
stania na rękach. Po jakimś czasie umiałam to robić już bez jej pomocy. To był
nasz codzienny rytuał – wchodziłam do kuchni, stawałam przy ścianie na rękach i
rozmawiałyśmy. Ale i tą przyjemność mi w końcu odebrano. Pewnego dnia mama
nieoczekiwanie weszła do kuchni, nie pamiętam już nawet, po co. Zwykle jednak
unikała tego miejsca, pewnie dlatego że nienawidziła gotować. Kiedy zobaczyła
mnie stojącą na innych kończynach niż nogi, zrobiła straszną awanturę.
Ostatecznym wynikiem mojego „wybryku” było zmniejszenie mojego czasu wolnego –
zamiast dwóch godzin lekcji skrzypiec miałam trzy, a potem nie wolno mi było
wychodzić z pokoju aż do kolacji. Latem nauczyłam się wymykać oknem, ale tym
razem to ojciec mnie nakrył. Awantura była jeszcze większa, skończyło się na
czterech godzinach uciążliwych lekcji gry. W dzieciństwie miałam też skłonności
do upadków. Siniaki i zadrapania miałam praktycznie na całym ciele. Na dodatek
nie byłam szczególnie urodziwym dzieckiem – miałam rude włosy i pyzatą buzię. O
ile dobrze pamiętam na przyjęcia zabierano mnie do szóstego roku życia, kiedy
to poszliśmy do żony jakiegoś generała i rzuciłam w jego córkę łyżką, bo
wyzywała mnie od wiewiórki. Niczego mnie nie uczono – ani gotowania, ani
prasowania, nie potrafiłam nawet umyć naczyń. Kiedy skończyłam czternaście lat,
zakochałam się bez pamięci w synu zastępcy mojego taty. Jego ojciec był już u
kresu życia i wszystko wyglądało na to, że niedługo to on przejmie jego urząd.
Oliver był ode mnie starszy o cztery lata. Moi rodzice go lubili, był częstym
gościem w naszym domu. Z czasem ojciec zaczął traktować go jak syna, co dla
mnie było bardzo na rękę. Po śmierci swojego ojca wprowadził się do nas,
zajmując pusty dotąd pokój mojego brata, sąsiadujący z moim.Wtedy przeniosłam
się ze skrzypcami do piwnicy. Krepowało mnie, kiedy wiedziałam, że on mnie
słyszy. Z początku kryliśmy się ze swoimi uczuciami, jednak nie trwało to
długo. Zaczęliśmy razem wychodzić –
zabierał mnie do drogich restauracji, na spacery po parku. Podczas jednego z
takich spacerów oświadczył mi się. Kochałam go i chciałam z nim dzielić życie.
Zgodziłam się. Jedna z moich ciotek powiedziała ironicznie, że przyjęcie
oświadczyn to była jedyna rzecz, którą w życiu zrobiłam dobrze. Ślub
zaplanowaliśmy na marzec. Jednak nasza idylla nie trwała długo. W lutym fabryka
ojca splajtowała. Oskarżył Olivera o oszustwo majątkowe – podobno popełnił
jakiś błąd w zawieraniu transakcji. Mój świat legł w gruzach. Nie obchodziła
mnie fabryka ojca, chciałam być z człowiekiem, którego kochałam. Ojca to jednak
nie obchodziło, kazał wynosić się Oliverowi z naszego domu, a mnie zerwać z nim
zaręczyny. W rzeczywistości jednak nie oddałam ukochanemu pierścionka – w
każdym razie nie zaręczynowego. Zamiast tego wręczyłam mu prezent od ojca na
piętnaste urodziny – duży pierścień z szafirem. Lubiłam go, był piękny, ale nie
mogłam go nosić na palcu po tym, jak zniszczył nasze szczęście. Po krótkim
czasie oświadczyłam, że się wyprowadzam. Matka wyrzucając moje walizki
wykrzyczała mi, że jestem taka sama jak mój brat.
Nie miałam dokąd
pójść. Mój niedoszły mąż wyjechał z miasta, nie byłam w stanie go odszukać.
Znalazłam sobie mieszkanie w zaniedbanej suterenie, gdzie w nocy budziły mnie
postukiwania chodzących po ścianach karaluchów i piszczenie myszy, a czasami
nawet szczurów. Pracowałam jako sprzątaczka u wdowy Cantberry, słynnej w całej
okolicy. Płaciła mi marne grosze, powtarzając, że do niczego się nie nadaję i
nigdzie nie dostanę więcej. Kiedy po świętach Bożego Narodzenia zbiłam wazę
sprzątając ze stołu, znalazłam się bez
pracy, a potem także i na bruku. Stoczyłam się na samo dno. I w końcu stało się
to, co się stało.
Skończyłam grać
i ostrożnie uchyliłam drzwi sąsiedniego pokoju. Zasnął. Dobrze. Kiedy się
obudzi będzie już kimś zupełnie innym. Zastanawiałam się, czy podołam z
wytłumaczeniem mu wszystkiego. Sam nie rozumiałam do końca sensu swojego
istnienia, on też na pewno będzie się zmagał ze swoją niewiedzą, ale nikt mu
nie odpowie na pytania, które będzie zadawał. W końcu przestanie pytać o
cokolwiek, tak jak ja i po prostu pogrąży się w świecie nocnych polowań i snu
za dnia. A raczej tego, co potocznie nazywamy snem.
piątek, 24 lutego 2012
Claudette cz.1
Tytułem wstępu: Jest to opowiadanie napisane dosyć dawno temu, ale jedyne tak bardzo wysmarowane masełkiem i wypieszczone (bo poprawiał go ktoś lepszy ode mnie :)). Opowiadanie jest o...A z resztą, co ja się będę, sami zobaczycie. Żeby było jasne - przyjmuję każdy rodzaj krytyki.
Miłego paczenia :*
Taki głód nie
doskwierał mi nigdy dotąd. Idąc ciemną ulicą błagałam Boga o to, aby nagle w
drogę wszedł mi jakiś człowiek, sam nadstawiając szyję. Cuchnący złem, którego
istnienia świat w ogóle nie będzie żałował. Nie miałam w zwyczaju wysysać życia
z ludzi prawych i chyba na zawsze będę trwać w przekonaniu, że krew łotrów,
złodziei i najgorszych szelm tego miasta smakuje najlepiej. Ale tej nocy nikt
nie prosił się o śmierć.
Od kilku tygodni
żywiłam się krwią psów, świń, koni i innych zwierząt, które ludzie trzymali na
farmach kilka kilometrów za miastem. Utrzymywało mnie to przy życiu, ale
gorszego życia chyba nikt nigdy nie zaznał. Czułam się tak pusta w środku,
jakbym składała się tylko ze szkieletu i skóry. Do tego przyszła znienawidzona
wiosna. Wiosną zawsze tęsknię do mojego poprzedniego życia. Wydawałoby się, że owa tęsknota nie jest uczuciem, którego zaznają
tacy, jak ja. Ale czy o takich jak ja można powiedzieć, że żyją? My jesteśmy
tylko bytem, przesiąkniętym do szpiku kości krwią niewinnych ofiar, którym
odbieramy życie każdej nocy. Szkoda tyko, że nie zdawałam sobie z tego sprawy,
kiedy ja sama stawałam się bestią. Byłam głupia, młoda, nie chciałam umierać,
wolałam być potworem, niż odejść. Wolałabym
sobie nie przypominać tego momentu, w którym zgodziłam się na narodzenie się od
nowa, bo te wspomnienia mnie przytłaczają. W poprzednim życiu byłam kompletną
ofermą, nie potrafiłam sobie poradzić z żadną pracą, w końcu trafiłam na ulicę.
Tej nieszczęsnej nocy zostałam napadnięta i znalazła mnie moja stwórczyni.
Potem moje istnienie to było tylko staczanie się w przepaść.
Skręciłam w
słabo oświetloną, boczną uliczkę. Po chwili zorientowałam się, że to ślepy
zaułek. Chciałam zawrócić, ale to, co zobaczyłam uniemożliwiło mi odwrót. Na
wprost, pod tylnią ścianą kamienicy jęcząc z bólu leżał mężczyzna. Natychmiast
mój węch silnie zareagował na zapach świeżej krwi. Podeszłam bliżej. Z jego
nogi lała się krew, miał ranę postrzałową na udzie. Byłam jakieś trzy metry od
niego, zapach świdrował mi wrażliwe nozdrza, co u śmiertelnika można porównać
do wdychania przez dług czas mroźnego powietrza. Jednak opanowywałam głód – mam
zasady: najpierw muszę wiedzieć, z kim mam do czynienia.
Był porażająco
piękny. Miał gęste, ciemnobrązowe włosy średniej długości, zaczesane do góry,
oczy barwy gorzkiej czekolady. Jego skóra wyglądała tak, jakby dużo czasu
spędzał na słońcu. Rysy twarzy miał zarysowane piękniej niż grecki posąg. Wykorzystałam
to, co dała mi natura: umiejętność zaglądania do czyjegoś umysłu. Przy mojej
diecie – bardzo przydatne.
Nazywał się Blake Weiss, miał trzydzieści pięć
lat, żonę, trójkę dzieci i posiadłość na wzgórzu. Do tego prowadził małą
restaurację i był ideałem męża i ojca. Urocze. Zwyczajne, ludzkie życie, z którego
zrezygnowałam...
Niestety był wzorowym obywatelem, zupełnie nie
w stylu tych, których zabijałam. Jednak jedno było niepodważalne – za kilka
minut będzie martwy. A picie krwi martwego dla nas oznacza koniec ,,istnienia”.
Musiałam podjąć decyzję, czy zrobić wyjątek od własnych reguł. Cóż, ja głoduję
od dawna. Przy okazji mogę mu przyspieszyć umieranie…
I w momencie,
kiedy już byłam przy nim i otwierałam usta, aby dobrać się do rany na nodze,
coś mnie zatrzymało. Odwróciłam głowę i zobaczyłam jego twarz.
Coś się we mnie
obudziło, mówiąc mi, że nawet jeśli on umiera, nie mogę tego zrobić. To jego
spojrzenie… Jego smutne oczy zdawały się mówić do mnie językiem, który już
dawno zapomniałam.
Nie, on dzisiaj
nie umrze. Taki człowiek musi żyć wiecznie.
Pochyliłam się
nad nim. Obserwował mnie półprzytomnym wzrokiem.
- Panie Weiss –
zaczęłam szeptem, pomału zbliżając usta do jego szyi - mam nadzieję, że będzie mi pan za to wdzięczny.
A nawet jeśli nie, muszę to zrobić.
Wbiłam kły w jego szyję. Jego krew smakowała
jak ulubiony drink, którego się nie piło od dawna. O mały włos popełniłabym
samobójstwo. Ale w ostatniej chwili przestałam pić.
Jeszcze żył, ale
był bliski wydania ostatniego tchnienia. Nadgryzłam swój nadgarstek i
przytknęłam mu go do ust.
- Niech pan pije, panie Blake. Zaraz skończy się pana
ludzkie cierpienie.
Pił, kompletnie
nie zdając sobie sprawy z tego, co robi. Przyssał się tak mocno, że z trudem
oderwałam rękę od jego ust. Rana
natychmiast się zabliźniła, ta na jego udzie również. Przemiana się zaczęła –
jego opalona skóra zaczynała blednąć, ale nie odjęło mu to uroku, wręcz
przeciwnie – był jeszcze piękniejszy.
Nadchodził świt.
Nie mogłam go tutaj zostawić. Nie czekając wzięłam go na ręce i wspięłam się na
dach kamienicy.
Nie mogłam się
doczekać momentu, kiedy przemiana dobiegnie końca.
piątek, 17 lutego 2012
oo7. Pora na wypociny, moi kochani!
Dawnoście mnie nie widzieli, hm?
Mam potrzebę gadania, dlatego nie będzie dzisiaj żadnych przemyśleń, bo byście mi kazali zmienić lekarza.
No dobra, ale co to za notka, jak nie będzie przemyśleń?
No inna. Mogłabym Wam opowiedzieć historię mojego życia. Ale wtedy gwarantuję, że nie chcielibyście znać... Nieważne, nie będzie historii mojego życia!
Mogłabym Wam zaśpiewać piosenkę, napisać wierszyk, albo zatańczyć macarenę...
A ja Wam opublikuję listę dziesięciu ulubionych książek!
No paczajcie, ale zajebiście! To jedziemy:
10. Saga Zmierzch - i to tylko ze względu na Carlisle'a Cullena <3 (tak, tak, bujam się w facecie który nie istnieje!)
9. Kamienie na szaniec - bo kto nie lubi takich książek?
8. Psychologia dla bystrzaków - bardzo fajna i konkretna książka dla zainteresowanych tematem :)
7. Trylogia Rozlewisko - cieplutka i fajna do poczytania, bez jakichś tam udziwnień
6. Wstańcie, chodźmy - świetnie wspomnienia Jana Pawła, idealne do poczytania dla każdego
5. Trzepot skrzydeł - najlepsza książka Grocholi, prawdziwa do bólu, można ryczeć
4. Saga o Ludziach Lodu - długa, ale cudowna!
3. Cień wiatru i Gra anioła - trudne w obsłudze, ale magiczne :)
2. Oskar i pani Róża - każdy powinien przeczytać, jest prześliczna (i krótka :P)
1. Bóg pojawia się incognito - książka bardzo ważna w moim życiu, dostałam ją od kogoś bardzo ważnego i w odpowiednim momencie :*
Tak by to było, mniej więcej.
A jak się zdecyduję, to następnym razem uchylę rąbka własnej twórczości i będziecie mogli mnie bluzgać :P
Mam potrzebę gadania, dlatego nie będzie dzisiaj żadnych przemyśleń, bo byście mi kazali zmienić lekarza.
No dobra, ale co to za notka, jak nie będzie przemyśleń?
No inna. Mogłabym Wam opowiedzieć historię mojego życia. Ale wtedy gwarantuję, że nie chcielibyście znać... Nieważne, nie będzie historii mojego życia!
Mogłabym Wam zaśpiewać piosenkę, napisać wierszyk, albo zatańczyć macarenę...
A ja Wam opublikuję listę dziesięciu ulubionych książek!
No paczajcie, ale zajebiście! To jedziemy:
10. Saga Zmierzch - i to tylko ze względu na Carlisle'a Cullena <3 (tak, tak, bujam się w facecie który nie istnieje!)
9. Kamienie na szaniec - bo kto nie lubi takich książek?
8. Psychologia dla bystrzaków - bardzo fajna i konkretna książka dla zainteresowanych tematem :)
7. Trylogia Rozlewisko - cieplutka i fajna do poczytania, bez jakichś tam udziwnień
6. Wstańcie, chodźmy - świetnie wspomnienia Jana Pawła, idealne do poczytania dla każdego
5. Trzepot skrzydeł - najlepsza książka Grocholi, prawdziwa do bólu, można ryczeć
4. Saga o Ludziach Lodu - długa, ale cudowna!
3. Cień wiatru i Gra anioła - trudne w obsłudze, ale magiczne :)
2. Oskar i pani Róża - każdy powinien przeczytać, jest prześliczna (i krótka :P)
1. Bóg pojawia się incognito - książka bardzo ważna w moim życiu, dostałam ją od kogoś bardzo ważnego i w odpowiednim momencie :*
Tak by to było, mniej więcej.
A jak się zdecyduję, to następnym razem uchylę rąbka własnej twórczości i będziecie mogli mnie bluzgać :P
wtorek, 24 stycznia 2012
We are Anonymous
Kilka słów zanim się zbiorę i pójdę na manifestację.
ANONIMOWI NIE SĄ GRUPĄ HAKERÓW. W ogóle nie są GRUPĄ.
To całkiem niezła potęga dzisiejszych czasów, która ma bardzo ambitny plan zerwania łańcuchów dla ludzi. Są jak społeczeństwo i jednoczą ludzi o tych samych poglądach. W ich przekonaniu każdy, kto się z nimi jednoczy we wspólnej walce, jest Anonimowym.
Nie, nie zwariowałam. Tak, wzięłam leki.
Wojna się zaczęła. Tylko między kim?
Jeśli założymy, że wszyscy mamy ten sam cel i te same zdanie na temat współczesnego świata, to jesteśmy Anonymous. A wojna toczy się między nami, a wszelkim złem tego świata, które chcemy zniszczyć.
Jezu, jak to brzmi. Ale taka jest prawda.
Nie musicie hackować strony premiera. Nie musicie w ogóle niczego hackować. Po prostu walczcie o lepszą przyszłość. (a jak uważacie że zwariowałam, to oglądnijcie sobie film na jutube, póki możecie :P).
Media kłamią (pomijając te RZETELNE (jak na przykład m.konin.pl:P)). Wszyscy kłamią.
Nie jesteśmy wariatami. Nie jesteśmy hakerami.
We are Anonymous.
We are legion.
We do not forgive.
We do not forget.
Expect Us.
Amen.
sobota, 21 stycznia 2012
oo5. ?!
Piszę do Was drodzy...
Piszę do Was obywa...
Apeluję do Narodu...
Klikam do...
Paczę i piczę kocha...
K***a!
Jest po trzeciej. Aż po trzeciej. A ja się k***a zabrałam za pisanie notki.
Poza tym, jak tu zacząć być może jedną z ostatnich notatek w obliczu nadchodzącej apokalipsy?!
Wy wiecie, o co chodzi, prawda?
A jak nie wiecie, to znaczy, że nie paczycie na moją tablicę. A jak nie paczycie na moją tablicę, to Was pewnie mało ona obchodzi, to po co k***a czytacie tą j****ą notkę?!
Przepraszam, nie wzięłam leków...
Nie ważne.
Przepraszam za te zgrabne k***a ozdobniki, ale k****a, jak tu sobie nie pokląć w obliczu nadchodzącego końca wolności w Necie?! No jak?! No ja p*****ę.
Oddaję wszelkie honory, które odebrałam pani Elżbiecie Gas, czy jak tam tej kobiecie jest. Miała mądrala rację. Mamy p*******e, kochani moi. Powinniśmy sobie strzelić w łeb i użyć do tego celu dużej patelni, żeby zabrzmiało...
A może ona to do naszych polityków mówiła?
Wiec, ludzie od ACTA, weźcie sobie jakiegoś ciężkiego tefala i p*******e sobie porządnie w łeb, żeby zabrzmiała głupota wasza. Amen.
Kochani moi, być może tak, że...
A skąd ja wiem, co będzie...
Dobra, ja wiem, że p******ę czy po czy para petnaście...
Kochany mój dostawco, możesz mi odłączyć neta, tylko bądź łaskaw nakarmić mojej koniki na Howrse, bo pozdychają.
A teraz, w chwili grozy posłuchajmy sobie dobrej muzyki:
wtorek, 3 stycznia 2012
oo4. Czego Jaś się nie nauczy...
Witam Was, Drogie Dzieci! Dzisiaj zaczniemy piosenką.
Dobra, dosyć zajęć z muzyki. Fałszujecie.
Kochani, jak myślicie, czy logarytmy poprawią Wasze samopoczucie psychiczne? Czy dysocjacja elektrolityczna pomoże w problemach z komunikacją? Czy znajomość czynników klimatotwórczych uchroni Was od przyjmowania substancji psychoaktywnych?
No właśnie, mi się też tak wydaje...
Polskie dzieci ćpają, to trzeba zrobić akcję anty, żeby przestały! Polskie dzieci śpią z byle kim i byle gdzie, to trzeba ich uświadomić w kwestii antykoncepcji! Polskie dzieci wieszają sobie metal na tyłku...
Oj, sorry, zapędziłam się, nie ten temat...
No dobra. Znacie dzieci takie powiedzenie że Polak mądry po Szko...znaczy po szkodzie? Znacie. No i co Wam to powiedziało o obecnej sytuacji?
Dobra, ja wiem, że to są trudne sprawy, ale Dariusz Wam nie powie, więc wyłączcie to YouTube! Myśleć! Ok, dobra, dobra, wiem, wiem, za dużo wymagam!
Społeczeństwo polskie jest zepsute! Jesteśmy kupą gnoju doprawionego zrzędzeniem i...
Ej, ej, to boli! Tylko nie kijem! Ała!
Cholera, ja tu do Was z sercem i dobrą radą...Generalnie to w szkole nas nie nauczyli jak żyć mamy, żeby dożyć momentu, w którym będziemy patrzeć na życie swoje od tyłu i wszystko ok będzie! Za grosz emocjonalnej inteligencji nie mamy! Zero.
Dzieci, oglądajcie sobie Niekrytego, Baśkę, jakieś memy sobie róbcie, ale do cholery jasnej nie bądźcie takimi emocjonalnymi głąbami! Tak, powiedziałam głąbami!
A teraz dzieci, z rączką na serduszku każde z Was się przyzna, kiedy ostatnio rozmawiało z kimkolwiek o tym co czuje(pomijając pogaduchy z kumpelą o ciachu jakimś, w którym się zadurzyłyście, itepe.)? No? Hm. Słabiutko. A wy w ogóle wiecie co czujecie pomijając wk*******e na wszystko i wszystkich? No tak...Żebyście chociaż się zastanowili, skąd to się wzięło...
Ciocia Paulinka smęci jak zawsze. Ale w USA jakoś mogą zainwestować w program
pracy uczniów nad poprawą inteligencji emocjonalnej. Polacy wolą naprawiać, niż zapobiegać.
A teraz Dzieci Kochane ciocia pójdzie podpalić jakiś kościół, zje pizze, wypije dobrą herbatę i pójdzie się położyć na tory z żalu nad niektórymi z Was.
Dziękuję za uwagę.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)