czwartek, 31 sierpnia 2017

o34. Szczerze

Dzisiaj kij w dupę bo będzie poważnie. A dla garbatych - pajączek na plecy.
Najpierw nie chciałam o tym mówić. Potem chciałam, ale widziałam ogólną niekumatość i przestałam chcieć. Do tego przez cały ten czas czy chciałam czy nie, pewne osoby zabraniały mi o tym mówić, w obawie, że ucierpi moja reputacja.
A teraz dostaję kurwicy zauważając że nikt o tym nie mówi, do tego stopnia, że mnie nosi. I mam już gdzieś moją reputację i to, że ludzie nie rozumieją tematu, bo to znaczy, że oni są dupkami i nie jest to mój problem.
Krótko i do sedna.
Chorowałam na depresję. Leczyłam się psychotropami, chodziłam na terapię, miałam remisję. Zawaliłąm rok w liceum, potem straciłam pracę, która lubiłam. Straciłam jakieś 3 lata normalnego życia.
Tak, miałam myśli samobójcze. Tak, leżałam w łóżku całymi dniami. Tak, nie mogłam spać i tak, brałam leki nasenne. Tak, tak, tak. I tak, nikt tego nie potrafił zrozumieć od moich znajomych, poprzez nauczycieli, moich rodziców, psa i na mnie kończąc. I przestałam oczekiwać zrozumienia od kogokolwiek, kto tego nie przeszedł.
Zatrzymaj się i wyobraź sobie, że masz grypę (albo zapalenie ucha, gorączkę tropikalną, połamane nogi i ręce, albo zawał, czy co tam chcesz mieć). Dzwonisz do szefa, że bierzesz chorobowe. A potem ci się pogarsza i jedyne na co masz siłę to leżenie i gapienie się w sufit. Nie chcesz pić, ani jeść. Nie chcesz się umyć. Autentycznie ci to wisi. Nie wiesz, czy chcesz umrzeć, czy chcesz, żeby to minęło. Nie ma cię tydzień, dwa. Nie tylko w pracy, ciebie w ogóle NIE MA. A kiedy opanujesz swoje lęki przed powrotem do normalności, wypijesz ze dwie melisy, żeby zwalczyć dygotanie i ból żołądka i dasz radę dowlec się do pracy usłyszysz że co ty sobie wyobrażasz, okropny symulancie, jesteś leniem i nie chce ci się wstać rano do pracy, a tak w ogóle pogarszasz statystyki i zaraz, już za chwileczkę, za momencik to wyrzucimy cię stąd na zbity pysk, ale dobra, jesteśmy tacy otwarci, współczujący i zajebiści, damy ci szansę. I tak w kółko. Półtora roku. Aż odejdziesz sam.
Jeśli masz bogatą wyobraźnię, to gratuluję, zbliżyłeś się do moich doznań o jakieś 5%.
A teraz historia w kilku aktach

Akt I "Czarna owieczka"
Nie wiem, czy ze mną było coś nie tak, czy to tylko przypadkowe wpadnięcie do studni w której jest ciemno jak w dupie, ale szkoła była dla mnie pasmem udręk. Nadal jestem gapowata (gdzie na Boga są te moje nowe okulary?) i jakoś mnie to nie boli. Nadal jestem źle nastawiona do gier zespołowych (dzięki za faceta, który nie ogląda meczów!). I nienawidzę całym sercem WFu, mimo że już go nie mam w planie od mega dawna. Każda klasa ma kozłą ofiarnego, prawda? To jest ZUPEŁNIE NORMALNE. To, że "koledzy" z klasy ci ubliżają - normalne. To, że zawsze wybierają cię na końcu do drużyny - normalne. To, że ktoś rzuca za tobą świńskie teksty na ulicy. Zabieranie plecaka, piórnika, niszczenie rzeczy. Głupie uśmieszki i wredne spojrzenia. Traktowanie jak opóźnionej w rozwoju. Ignorowanie, gdy coś mówisz. Wszystko jest normalne, prawda?
Żałuję w życiu trzech rzeczy: że tak późno zaczęłam jeździć konno, nie poszłam do szkoły muzycznej i że byłam nad wyraz spokojnym i nieśmiałym dzieckiem i nie spuściłam tym wszystkim dupkom sowitego wpierdolu po lekcjach. Gdybym się teraz cofnęła do podstawówki, na pewno skończyłabym w zakładzie poprawczym.

Akt II Nieobecna
Przestałam bywać. Na lekcjach rzecz jasna, jakoś pod koniec gimnazjum. Mówiłam, nikt nie słuchał. Miałam zaległości, moje zaległości były powodem moich kolejnych nieobecności, kółko graniaste. Jakoś dociągnęłam to gimnazjum, poszłam na bal, zdałam testy. Będąc zdrową "na umyśle".

Akt III Nie idę, bo nie umiem!
Moja nauczycielka od matematyki z podstawówki powiedziała kiedyś, że matematyka jest jak łańcuszek, jak się gdzieś przerwie ogniwo i czegoś się nie rozumie, to łańcuszka już nie ma. I moja całą nauka byłą takim łańcuszkiem. I jakoś wtedy zaczęły się moje lęki. Wszystko się nakładało i rosło jak góra, bo bałam się swojego własnego lęku. Sprawdzianów, klasówek, tego, że nie daję rady. Cóż, wiedziałam, że nie daję rady, ale po napisaniu testu wszyscy będą wiedzieć, a po co mają wiedzieć? Byłam nieklasyfikowana z tylu przedmiotów, że po zdaniu tych pieprzonych egzaminów chyba zostałam legendą szkoły(oby nie!). Ale to było później...

Akt IV "Ale my nic nie zauważyliśmy!"
Cytat pamiętny mojej ukochanej (tfu, na psa urok!) wychowawczyni. No nie zauważyli mojej depresji, bo nie mieli jej zauważać. Moja Matula powiedziała wtedy pani S., żeby z nami zamieszkała, wtedy zauważy, bo jak się pojawiam w szkole, to znaczy, że mam lepszy dzień.

Akt V Idź stąd
Zaniżałam statystyki frekwencyjne klasy. Nauczyciele musieli mi wyznaczać dodatkowe terminy zaliczeń. Robić dodatkowe rady. Przyjeżdżać do mnie na nauczanie indywidualne. Pisać tony papierków. No i straszyć mnie tym, że mnie wyrzucą.
A ja miałam to w dupie i symuluję chorobę, po to, żeby nie chodzić do szkoły. Poza tym nakręcam i oszukuję własną matkę, która musi latać do szkoły i przynosić zaświadczenia od lekarza i psychologa (autentyczne streszczenie tego, co usłyszałam od nauczycielki).
Okropna ze mnie niewdzięcznica, co? Poza tym nadal 90% personelu szkoły nie wie, czym jest depresja, nie dociera także do nich że jestem tak samo chora, jak ktoś, kto ma wieńcówkę. Wszyscy są zmęczeni, łącznie z moją terapeutką, która musi pisać im kilkustronicowe informacje o moim stanie zdrowia (po godzinach!). Z których oni i tak nic nie wynoszą.

Akt VI Ostatnia próba
Zawaliłam trzecią klasę i byłam zdeterminowana zrobić im na złość i podejść do tej matury choćby za dwa lata. Nadal nie rozumieją. Nie należy mi się nauczanie indywidualne, nie należy mi się nic, ale ja muszę wszystko. Co obejmuje także chodzenie do szkoły z gorączką, kaszlem i katarem i L4 od lekarza, którego lekarz nie może wypisać na rzecz szkoły.
Doszłam do wniosku, że...

Akt VII Oni są bardziej chorzy niż ja!
Pękłam, machnęłam ręką na moje wymarzone liceum i przeniosłam się obok, na zaoczne. Zdałąm maturę, całkiem przyzwoicie. Żyję i mam się dobrze, ale...

Akt VIII Stęskniłaś się za mną?
Moja przyjaciółka wróciła, kiedy próbowałam pogodzić pracę i studia, z marnym efektem. Wróciłam do leków, wróciłam do domu. Po krótkim czasie odstawiłam tabletki na rzecz jebitnie słodkiej, czarnej kawy na SORze. Zapomniałam, że mi cokolwiek było, a potem poznałam Pawła. (dupne zakończenie, wiem...)

Nie znaczy to, że jestem teraz szczęśliwym człowiekiem, ale jakoś mi to nie przeszkadza. Utkwiłam w punkcie w którym zastąpiłam moje stracone lata plamą po gorzkim winie. Spaliłam dokumentację. Tylko czasami pojawia się jakiś cień, który idzie za mną i szepce że wszyscy dookoła mnie nienawidzą i jestem irytująca dla innych ludzi. Wiec sorry, jeśli chcesz mnie polubić to i tak do mnie to nie dociera. Czasami czuję się, jakbym miała gdzieś na ciele tatuaż, którego nienawidzę i którego wstydzę się pokazywać. Kod F41.2 wymazany gdzieś grubą kreską.
Przykre jest to, jakie stereotypy krążą na temat zaburzeń depresyjnych i zaburzeń psychicznych w ogóle, nawet w środowiskach pedagogicznych i medycznych. Nie wiem, co może myśleć zdrowy człowiek na ten temat, bo moje myślenie jest diametralnie inne. Ale spotykając się z opinią, że komuś przewraca się w dupie z nudów i ma się wziąć do pracy, zbieram swój opadły biust z podłogi. Serio. Lecząc zaburzenie psychiczne pracą to tak, jak leczyć ból głowy waleniem nią o ścianę. Niby coś robisz, bo ktoś ci każe, ale nie chcesz tego robić, bo jest jeszcze gorzej. Depresja nie bierze się z nudów, złego otoczenia, picia (no ok, z picia czasami może, ale to już inny temat), palenia, ateizmu, księżyca.W powstawaniu tego typu zaburzeń biorą udział procesy metaboliczne (laicy - Wiki wita!), zaburzone jest przewodzenie impulsów nerwowych w ludzkim mózgu. I na to nie pomaga herbata i zabranie się za naukę (sorry Mamo). Czujesz się jak zbędny element całego popieprzonego świata. Nie umiesz wstać rano, nie umiesz myśleć (ja miałam straszne zaburzenia koncentracji). Nie chce ci się chcieć czegokolwiek. Mógłbyś wygrać milion, albo nawet kilka i tak by cię to nie uradowało. Byłam zmęczona tłumaczeniem wszystkim dookoła, co się ze mną dzieje (mieli miny, jakbym im tłumaczyła budowę statku kosmicznego), bo i tak wszystko, co robiłam, robiłam specjalnie, bo jestem leniem. Co dziwne, nie dałam nikomu wpierdolu, nawet kiedy panienka z klasy zrobiła publiczny wiec, bo "mam specjalne względy u nauczycieli" (do wiadomości - podobno odbyła się jakaś pogadanka na mój temat na lekcji wychowawczej, kiedy ja sprawdzałam w internecie dawki toksyczne leków, które miałam w domu, więc "zostali oświeceni").
No nie, nie wiem skąd to się wzięło. I nie, nie wiem czy wróci.
Ale tak wygląda moja historia, jak myślę - od początku. I może komuś to się przyda. Może komuś uświadomi, jak krzywdzący jest polski system edukacji, szczególnie w szkołach z "dobrą" opinią, które dbają o statystyki. Może...
Apeluję do rodziców - zwracajcie uwagę na to, co mówi Wam Wasze dziecko. I na Boga i wszystkich świętych, reagujcie na takie sytuacje! Robienie z kogoś kozła ofiarnego bez powodu naprawdę nie jest normalne i wasze dziecko NIE PORADZI sobie z tym samo (chyba że tak dobrze zna sztuki walki i zacznie siać postrach). A i czasami rozmowa z wychowawcą nie pomaga. Ja straciłam zaufanie do ludzi, przez jakiś czas miałam fobię społeczną i poproszenie pani sklepowej o chleb krojony mnie przerastało, już nie przypominam o zaległościach (matematyka i chemia nadal mnie nienawidzą) i słabej kondycji fizycznej. Mój koszmar ciągnął się przez 8 lat, a 8 lat czucia się gorszą, tylko dlatego, że jestem sobą to o 8 lat za dużo.
Jakże mogę podsumować?
Jak tylko zobaczę i usłyszę, że ktoś wygłasza swoją pieprzoną opinię o chorobie, której nie przechodził i nie ma o niej pojęcia i będzie komuś proponować terapię typu wzięcie się w garść, to przysięgam, dostanie wpierdol.

P.S. Teraz to wyjdzie, że jestem niezrównoważona i agresywna. Pakuję się do tego psychiatryka, co mi tam.
P.S 2. Jak zobaczę że nikt nie reaguje na to, że dziecku się dzieje krzywda w klasie, to też wszyscy ignoranci mają wpierdol.
P. S 3. Ogółem to źli ludzie mają wpierdol.
P. S 4. Kupię mieszkanie na V os. w dobrym stanie. Jak ktoś coś, to dać cynka. Tylko poważne oferty!




poniedziałek, 10 lipca 2017

o33. O piniondzach, fundacjach, z lekkim zabarwieniem końskim i żulerskim.

Przyszło nam żyć w dziwnych czasach. I nie chodzi mi o to, że dzieci bawią się fidget spinnerami, panowie noszą rurki, a kobiety prowadzą tiry. Nie, chodzi mi raczej o to, że ktoś ciągle od nas czegoś chce. I nie mam tu na myśli marudnego szefa, tudzież męża, mamy, czy kogo chcecie. Chodzi o wszelkiego rodzaju organizacje, fundacje, projekty, pierdoły. Plus księdza (ja wiem, że ja nie muszę dawać na tę tacę, ale jak on mi tak podstawia pod nos, to mi głupio, nie?).
Będę się trochę odwoływać do historii, która niedawno wyszła na jaw, mianowicie: LINK
Niezłe jaja. 
Wiecie, kiedy dostaję apopleksji? Kiedy widzę te reklamy w telewizji, gdzie w standardowym schemacie pokazuje się chore dziecko i rodziców. Tyle na operację, dziecko chore na to i to, takie siakie. Po pierwsze to ja w sumie rozumiem sytuację, ale to jest dziecko i do tego często upośledzone umysłowo, którego wizerunek wykorzystuje się w mediach. Które często nie jest świadome tego, co się wkoło niego wyprawia. Średnio gut. Plus druga sprawa: to trochę perfidny "marketing" i granie na ludzkich emocjach, nawet jeśli w dobrym celu. Ja tam się czuję zaszczuta i wkurzona (no jak można przerywać Titanica takimi reklamami w kulminacyjnym momencie!). Trzecia sprawa jest taka, że ja się nigdy nie dowiem, na co poszły moje pieniądze. Nikt mi nie wyśle faktury za operację w USA, wózek, rehabilitację, leki. Nikt mi nie potwierdzi, nawet jeśli wpłacę tysiąc czy nawet milion. To tak, jak z pięćset plus, równie dobrze można przepić.
Powiecie: jakbyś była w takiej sytuacji, to też byś żebrała o pieniądze. No możliwe, ale kurdesz, nie w taki sposób. Pls.
Analogiczna sytuacja? Ratujmy rysie, pysie, konie, misie. WWFy i te inne Grinpisy. Być może te fundacje są uczciwe i robią różne dobre rzeczy. Okej. Ale jakby się nad tym zastanowić: czy wykupienie pięciu koni od handlarza zatrzyma proceder? Handlarze będzie zadowolony, przyjechała fundacja po konia, można było wyciągnąć więcej kasy. Skutek odwrotny do zamierzonego, żeby nie powiedzieć chu...owy. No.
Chociaż ostatnio niebo się rozstąpiło i spłynęła na nas łaska jakiegoś niewiadomego pochodzenia i Centaurus wygrał walkę o targi w Skaryszewie. Co z tego jednak, skoro zadziała to tak samo, jak zamknięcie sklepów z dopalaczami?
Dosyć o koniach.
Może i jestem okropna, że nie dzielę się tak pięknie i bezinteresownie swoimi pieniążkami. Okrutna, zła i podła. Trudno. Może pieniądz szczęścia nie daje, ale szanować go trzeba, bo ciężką pracą zdobyty. Swoją drogą co jest chore w tym wszystkim to to, że nasze kochane Państwo zmusza tych ludzi do żebrania. A przecież nie jest moją winą, że tak to u nas funkcjonuje, więc dlaczego ma na tym cierpieć mój portfel? Ja chętnie pomogę, siłą własnych mięśni jako wolontariusz, podzielę się żarciem, ba, kawką nawet się podzielę i szklankę wody podam. Ale moich milionów monet nawet na oczy nie zobaczycie. (swoją drogą, znana sytuacja: "Panie dej, nie mam co jeść", ale jak dasz kanapkę, to aż go wykręca z oburzenia, bo przecież kasa potrzebna, na piwo brakuje!). Powiecie, wszystko dobrowolne. No tak, ale jakie oburzenie jak dobrowolnie nie sięgnę do portfela?! (dobra, ej, raz rzuciłam monetę chłopakowi z gitarą na Woodstocku, ale on mi za to ułożył piosenkę, to była opłata za usługę!).
I co poradzisz, nic nie poradzisz. Dalej Polak będzie mataczył i oszukiwał, bo go tego życie nauczyło. I żebrał z przymusu, bo tego też go nauczyli. 


wtorek, 27 czerwca 2017

o32. O życiu ludzkim i zwierzęcym, śmierci i marności (przy okazji o jedzeniu i pisaniu).

Miałam w miarę normalny dzień, do momentu w którym nażarłam się pianek i popiłam je mrożonym cappucino. Zemdliło mnie od nadmiaru słodkości, potem obejrzałam Instagrama, zemdliło mnie jeszcze bardziej i nagle mnie naszło na pisanie. Jakoś tak to było.
Ostatnio jedyne momenty kiedy używam długopisu są wtedy, kiedy uzupełniam kalendarz. Nawet krzyżówek nie tykam, a temat grubych zeszytów z moimi wypocinami z szuflady omijam z daleka, bo nie mam sumienia ich wyrzucić.
Tak, jakbym zapomniała, że kiedykolwiek coś pisałam i to nie tylko na własny użytek.
W czeluściach dysku Googla krążą samopas jakieś szczątki czegoś, co miało kiedyś mieć szansę na wydanie, moje pióra wyschły na wiór, a atrament wylał się już dawno, brudząc mnie i moje ulubione pudełko na pierdoły.
Nie ważne. Nie o tym chciałam pisać.
Naszło mnie na romansidła, prawdopodobnie ze względu na moją własną sytuację sercową. Zakupiłam sobie podczas mojej ostatniej eskapady do Empiku (przy akompaniamencie szeptów mojego przyszłego męża typu "nie kochanie, idziemy dalej, nie ma nic ciekawego") "Zanim się pojawiłeś" i pochłaniam ją z lubością przy akompaniamencie mlaskania i ciamkania (od dziecka żrę i piję przy książkach, niestety). Ale dzisiaj mnie naszło na refleksję. W skrócie: bardzo infantylna historia dziewczyny która zostaje opiekunką chłopaka z tetraplegią (sorry, niewtajemniczeni, macie Wikipedię) i próbuje go przekonać, żeby nie chciał włąsnej eutanazji. Przez połowę tej cholernej książki, w którą się tak bardzo wczułam myślałam jakie to straszne, że on nie chce żyć i w ogóle dlaczego on nie chce żyć, ona się tak dla niego stara, bla bla. No i co, to tylko książka, ale zastanawiając się nad tym nieco poważniej niż tylko na poziomie fikcji, przypomniałam sobie, co ja kiedyś powiedziałam, kiedy ktoś mnie spytał, co ja bym zrobiła gdybym wylądowała na wózku.
No tak, jestem hipokrytką.
Jak łatwo jest osądzać, jak łatwo patrzeć na czyjeś wybory, kiedy to nie dotyczy bezpośrednio nas? Czy w ogóle mamy prawo komentować czyjeś decyzje począwszy od wyboru papieru toaletowego, na samobójstwie kończąc (pod warunkiem, że ktoś naprawdę chciał sobie odebrać życie, a nie pozacinał się żyletką w poprzek, bo rodzice nie kupili mi tabletu).
To jest to, czego nienawidzę u ludzi. W tym u siebie, bo mi się zdarza.
Choćby ostatnio, miesiąc temu, kiedy rodzice oświadczyli, że jadą uśpić Dżekiego. No co wy, przecież nie jest chyba tak źle, nie widać po nim, że się męczy, może jeszcze kilka tygodni... Wkurzałam się, kiedy mówili, że śmierdzi (bo faktycznie śmierdział przez to, że guz którego miał ciągle się sączył), że oni już nie mogą z nim wytrzymać. Jak to nie mogą wytrzymać? To jest członek rodziny, a nie odświeżacz powietrza, który można sobie wymienić. Nowy pies? Żadnego psa, oni sobie zrobią remont i będą w końcu mieli czyste mieszkanie. Chodziłam zła, rozżalona i kompletnie niepogodzona. Z nimi, życiem, Bogiem i czym tam jeszcze. Przecież nadal tak bardzo się cieszył, że mnie widzi (to nic, że zdarzyło mu się posiusiać dywan), chętnie chodził na spacery (coraz trudniej było mu wejść na parter z powrotem), przynosił piłkę (po którą biegł dwa razy i ciężko kładł się zmęczony na dywanie), biegał z kijkami na dworze (co chwila się potykając). Dopiero kiedy było po wszystkim uznałam, że nie widziałam niczego, bo nie chciałam widzieć. Że coraz bardziej utyka, traci apetyt, ciężko mu się podnieść rano. I że naprawdę źle pachnie. Że ma już 14 lat i najwyraźniej przyszła na niego pora. Miałam na oczach klapki utkane z przywiązania i miłości do niego, po prostu. Rozpaczliwie próbując go zatrzymać na siłę pogarszałam swoją własną sytuację. Nie pożegnałam się. Uznałam, że nie chcę, żeby zlizywał mi łzy z policzków (robił to odkąd pierwszy raz w podstawówce dostałam jedynkę i poryczałam się, siedząc po turecku na dywanie). Podobno nie szarpał się, ani nie wyglądał na przestraszonego i sam wszedł do gabinetu (mam nadzieję, że to nie wymysł mojej Mamy, żebym poczuła się lepiej)."Nie płącz, on nie lubił, jak się było smutnym". Ryczałam, jakby mi wymordowali pół rodziny. Nadal nie mogę się pogodzić z tym, że tylko Mama się cieszy, że przyszłam na kawę (ale za to mają nowe wykładziny i pomalowali mój dawny pokój i wstawili nowe drzwi do kuchni i pomalowali futryny...bla bla...), że nie mam z kim iść na spacer. Różnimy się. Oni boją się przywiązać do nowego przyjaciela, a ja nie mam czym wypełnić pustki (nie mogę mieć u siebie psa, taka umowa najmu). I co ja mam zrobić?
Kilka lat temu nie wyobrażałam sobie, że kiedyś będę się musiała z nim pożegnać. Wydawało mi się, że albo umrę z żalu, albo zwariuję. Żyję nadal i to we własnym domu, a nie w psychiatryku, więc chyba moje przekonania były błędne. Potem pomyślałam sobie, że rzeczywiście wolę zwierzęta od ludzi. Przecież on był taki szczęśliwy przez te 14 lat. Nikomu celowo się naprzykrzył (no dobra, zdarzyło się, ale wiedział, że zrobił źle), cieszył się z kąsków za 3,50 które mu kupowałam, cieszył się na widok pana listonosza i dostawcy pizzy (jakby to jemu przywoził jedzenie), warczał na psy, które mu się nie spodobały (ot fanaberia), pocieszał moją mamę, kiedy miała migrenę, pocieszał mnie, kiedy miałam depresję i w gorszy dzień nie wstawałam z łóżka. Nie zrobił nikomu krzywdy, korzystał z każdego dnia jak umiał (czasami podkradał czerstwy chleb z kuchni). Odszedł ze spokojem, w towarzystwie tych, którzy byli dla niego stadem.
A my?
Ile razy kogoś skrzywdziliśmy? Ile razy chcieliśmy więcej niż mamy? Z jak dużym bagażem moralnym przyjdzie nam kiedyś odejść? Gdzie, w czyjej obecności? Z własnej woli, czy nagle, z przymusu?
Dżeki był w gruncie rzeczy szczęściarzem. Jedną z bardziej uprzywilejowanych istot. Odszedł w przyjemnym narkotycznym zamroczeniu, uradowany z tego, że jego pan i pani głaszczą go tam, gdzie lubi i mówią, że jest kochany.
A teraz ja mogę płakać po stracie przyjaciela, wiedząc, że on już tego nie widzi. I nie musi przynosić mi swoich ulubionych zabawek na pocieszenie.



sobota, 7 stycznia 2017

o31. Bezsenność, kurw...ica i inne bezsensy

To znowu ja i moje problemy ze systematycznością. I nie tylko.
Mamy zimę, na termometrach chyba z 1000 na minusie i godzina 23:35, a ja czekam aż będę zasypiać na stojąco. W międzyczasie przychodzą mi do głowy dziwne pomysły typu: powinnam zacząć prowadzić vloga, bo pisanie idzie mi coraz gorzej, albo: zrobię sobie jakiś jebutny makijaż z nudów, i oczywiście ten: napiję się wódki z colą i zjem paczkę orzeszków. Kiedy nie śpię dłużej, czasami do 5, zaczynam sobie oglądać żyły i na myśl przychodzą mi szatanizmy typu “wkłuję się na zielony, zobaczymy czy się uda”, ale dochodzę do wniosku, że na pewno coś uwalę krwią i rezygnuję. Kiedy skończę inspekcję naczyń krwionośnych zdarzy mi się oglądać TV. Ostatnio o 4 leciał program o Chinach z tym gościem z...e...Bayer Full? Chyba. Tak, czy siak był tani i tandetny, ale obejrzałam go do końca, bo było o Chinach. Potem w końcu zasypiam a rano płaczę nad swoimi pomysłami. I tak w kółko. Im bardziej jestem zmęczona, tym bardziej to upośledza moje szare komórki, które po kilku godzinach snu robią wielkiego face palma do swojej własnej aktywności nocnej. Nie wiem, może nie tylko ja tak mam, może to jest jakaś tajemnicza choroba, albo rodzaj choroby psychicznej? Może i ja mam rozdwojenie jaźni, a jakże. Tylko w takim bądź układzie, która z nas ma rację?
Przed zaśnięciem zawsze trafiam na coś co wywołuje u mnie nagły i gwałtowny wzrost frustracji i dostaję chandry (bo nie depresji przecież!). Tablet, telefon, książka, fejsksiążka… Mój mózg gubi ustawienia i zaczyna wyłapywać wszystko, co tylko może mnie wkurzyć i doprowadzić do poczucia beznadziejności. Na fejsie były zaniedbane konie, w krzyżówce było coś o lekturze szkolnej, a książka kupiona na promocji miała tak cholernie zagięty róg… W desperacji próbowałam oglądać słodkie dzieciaki na jutubie (jezu, a może ja jestem niepłodna), rozwiązywać sudoku (k***a, to nigdy nie wyjdzie!), słodkie pieski (beznadzieja z tym wynajmem, nawet pieska nie mogę mieć...), stare zdjęcia (jaka ja tu byłam szczupła!), głupoty w internetach (ludzie to banda ch***w i debili, a ja muszę z nimi koegzystować...o, kucyk! Chcę kucyka!). No naprawdę, próbowałam wszystkiego, nawet uczenia się (boże, nigdy tego nie zapamiętam, czytam ten rozdział piąty raz...). I tak mi mijają noce, aż w końcu dochodzę do wniosku, że życie jest beznadziejne, znowu ciągnie mnie łopatka, za zimno mi w ręce, za ciepło w stopy i zaraz pójdę do sąsiadów z pistoletem, którego nie mam, jeśli w tej chwili nie wyłączą tego cholernego telewizora. A tak w ogóle, poszłabym na spacer i zjadła lody. A potem w końcu się kładę i obiecuję sobie, że rano wstanę wcześniej i niewyspana, zrobię sobie dobre śniadanie, pranie nastawię o 12, bo tańszy prąd, potem porządku jakieś, coś tam tego. Wstaję po wielokrotnych próbach obudzenia mnie przez moją osobistą zegarynkę (“kochanie mamy dwunastą, wstajemy już”), zmęczona, wkurzona i niezdolna do życia. Nawet do grania w Wiedźmina i czytania książek. Siedzę rozlazła i robię to, co zrobić muszę z przerwami na telewizję, fejsa i jakiś spacer i dopiero wieczorem uświadamiam sobie ile nie zrobiłam. Znowu. Źródłem mojej kurwicy macicy jest zapewne Internet, ale jak ja będę żyła bez grup na fejsuniu (animacyjna, ratownicza, dla panien młodych, uczelniana, bla bla bla). Gdzie będę oglądała wydruki EKG, Pusheena, suknie ślubne, karetki, zdjęcia lasu, zdjęcia Konina, zdjęcia idiotów, jeszcze więcej karetek, głupie komentarze, feministki, Chodakowską, memy, jeszcze więcej EKG, konie, ludzie z końmi, wesołe psy, smutne psy, jeszcze więcej Pusheena, bo Pusheen jest najlepszy… Przecież nie dam sobie rady w życiu bez tego wszystkiego (a już na pewno nie bez motywacyjnych postów Chodakowskiej, które ni chui nie działają na mój mózg).
Leze do wyra. Leze wolno, bardzo wolno, bo znowu kołdra będzie za zimna,a potem za ciepła. I może znowu nie usnę, bo trzeba będzie obejrzeć kolejny odcinek Paramedics, albo żołnierzy wracających do domu. A jak usnę to i tak się obudzę, po przyśni mi się wyjazd, którego nigdy nie było, albo że biegam w śniegu w jakichś górach, albo że moja matka oddała moje rodzeństwo do adopcji.

Więc po co w ogóle spać, skoro można poczytać program telewizyjny?!