poniedziałek, 24 września 2012

o13. Szkoła uczuć

Czego nas uczą w szkole? Czytania dzieł Mickiewicza, reakcji chemicznych, ,,spik po inglisz", robienia tabeli w Wordzie i innych bzdet. I wszystko to mamy "prawie gratis". W polskich placówkach oświatowych mamy więc szeroki wachlarz możliwości rzeczy do nauczenia. Tylko dlaczego nie dają nam szansy na uczenie się siebie i innych?
Polskie szkoły ograniczają się tylko do standardów, a co najwyżej przedmiotów typu WDŻ, na których to oglądamy te wszystkie niskobudżetowe filmy o aparycji "Ukrytej Prawdy", w których jeden aktor gra ćpuna, potem dresa, a w końcu ofiarę napaści, aż się człowiekowi gotuje we łbie i wydaje mu się, że ćpun zaćpał tak, że wydawało mu się, że jest dresem, a na końcu go napadli. Filmy te pokazują nam skutki palenia, picia, czy przygodnego seksu (tak, napisałam seksu). A ja się pytam, dlaczego nikt nie uczy nas, jak mamy panować nad własnymi emocjami, żebyśmy nie musieli szukać pocieszenia z butelką/papierosem/jointem/dziwką/alfonsem u boku?! Dlaczego nikt nie uczy nas trudnego alfabetu emocji, w którym się gubimy?
Oczywiście w Polsce nie można, za to w USA - owszem. Skuteczne programy przeprowadzone już w szkołach podstawowych. Lepsze kontakty z rówieśnikami, asertywność, samokontrola, mniej agresji. Prawda, że brzmi całkiem nieźle? Może przy wczesnym stosowaniu takich programów obyłoby się bez tych głupawych filmów? Bo człowiek asertywny nie sięgnie po dragi, bo będzie umiał odmówić. Bo jak dres będzie panował nad agresją, to ktoś nie dostanie po mordzie.
Trudno to powiedzieć za nas wszystkich, młodych, gniewnych i samodzielnych, ale muszę: Sami się życia nie nauczymy. A jeśli znajdziemy się w miejscu, które uczy nas tzw" zasady twardego tyłka", to nauczą nas tak żyć, żebyśmy prędzej, czy później pasożytowali w kiciu za pieniądze podatników. Tym bardziej,  że często pomocy  znikąd nie chcemy, albo co gorsza - jest za późno.
Dobrze by było, żeby ktoś pomyślał. Bo na dzieciaków z podstawówki patrzy się coraz gorzej. Ja patrzę i pytam - "Narodzie, gdzież przyszłość twa?!"
Aż mi się gotuje odpowiedź. Ale chyba już dosyć nabluźniłam?

sobota, 8 września 2012

o12. Ballady i romanse...

Wyobrażacie sobie, jaką tragedią jest koniec gazu podczas gotowania obiadu? Wielką. Wczoraj wobec tej tragedii zostałam wysłana do piwnicy po kuchenkę elektryczną, z zapewnieniem, że jest na wierzchu.  Okazało się, że nie ma jej nigdzie, ani na wierzchu, ani pod spodem i nadal się zastanawiam co Ocieć z nią u licha, zrobił... Szukając kuchenki natrafiłam na reklamówkę z dziwną zawartością. Jakieś papierzyska, papierzyska...I - o zgrozo - książka Bystrzyckiej! Mój wewnętrzny mól książkowy zadrżał w trwodze na takie traktowanie książek, głabnęłam więc torbę i poszłam do domu. Powitana wiwatami mamy, zakończyłam brutalnie jej radość, uświadamiając krótko, że reklamówka zawiera książkę i jakieś listy. Listy okazały się listami Mamci do Oćca w wojsku, oraz odwrotnie, a także innych osób, także do Oćca w wojsku. Mamcia mieszkała wtedy na XX-lecia PRL (później przemianowanego na Wyszyńskiego, którym jest do dzisiaj), a Ocieć miał jakiś porąbany adres w jednostce w Legnicy. Ku radości Mamci znalazły się także listy od jej koleżanki z Nowej Huty, ale to inny temat jest.
Prośbami i groźbami zdobyłam listy Mamci i mnożąc ich treść przez objętość stwierdzam, że chyba naprawdę musiała kochać Oćca, bo żadna dziewczyna w klasie maturalnej nie pisze listów w takich ilościach. Upstrzone serduszkami, rysunkami, wierszykami, żartami, a nawet i niekiedy krzyżówką, stanowiące świetną lekturę leżały sobie latami przy silniku od pralki! Jednak wyperswadowanie Mamci wydanie tych listów od niej to Oćca i vice versa zaskutkowało popukaniem się w łepetynkę i pytaniem czy ja zgłupiałam! Nikt nie docenia moich ambicji krytyka literackiego. Samych listów Mamci jest 40, a w odwrotną stronę będzie jeszcze więcej.
Czeka mnie sporo lektury. A "Przedwiośnie" się kurzy.
Zdążę. Skoro oni zdążyli się hajtnąć, zanim znowu któreś się rozmyśliło to ja zdążę przeczytać "Przedwiośnie do wtorku" ;)