...ale znowu sobie przypomniałam, że kiedyś chyba pisałam bloga.
Dzisiaj będzie filozoficznie, bo tak, bo mnie naszło. Będzie o umieraniu.
W sumie nie wiem, czy to bardziej śmierć jest częścią życia, czy życie powolnym umieraniem i wydaje mi się, że nie rozwiążę dzisiaj tej kwestii. Zastanawiam się, dlaczego śmierć jest tematem tak śliskim, że niektórzy uważają go za tabu? (W tej samej kategorii moich rozmyślań jest seks, ale to nie dzisiaj). Umieranie wydaje mi się niewdzięczne, bo uczłowiecza. O ile żyjąc możesz podejmować decyzje, odgrywać role, czasem zakładać maski, być czymś więcej niż tylko ciałem, umieranie pozbawia cię tego wszystkiego. Zostaje ciało z jego wszystkimi mniej, lub bardziej obrzydliwymi przymiotami, które prędzej, czy później ulega przemianom pod wpływem środowiska. Nie owijając w bawełnę - zgnijesz i zeżrą cię robaki. Wiem, straszne. No, może nie dla mnie, ale są ludzie, którzy właśnie dlatego chcą być skremowani. Trochę to samolubne, nieprawdaż? Ale nie oceniam.
Ominę barwne opisy tego, co się dzieje z ciałem po śmierci, bo po co to komu?
Mnie najbardziej przeraża fakt, że ktoś będzie decydował o moim pogrzebie. Serio. A i jeszcze to, że umrę ze starości i moje organy będą się nadawały tylko na cele inne niż przeszczep, ale to bardziej mnie wpienia, niż przeraża. Nie rozumiem organizowania styp. Ani nie popijesz, ani nie potańczysz. W sumie to nie wiadomo, czy krojenie kotleta nie będzie źle odebrane, więc lepiej nie jeść. Druga rzecz, którą ludzie robią, a której nie rozumiem to wystawianie ciała w kaplicy. Jeśli ktoś znajdzie sensowny argument za, to będę wdzięczna, bo ja nie mam żadnego. Ale przejdźmy do samego umierania. Jeszcze całkiem niedawno wydawało mi się, że kiedy stanę z kostuchą twarzą w twarz to ją zrozumiem. No nie zupełnie. Ale kiedy pierwszy raz z nią walczysz i od razu przegrywasz, to jest ci...bo ja wiem? Nieswojo. Tak nieswojo ze swoim własnym jestestwem, że pierwsze co robisz, to patrzysz w lustro, bo wydaje ci się, że coś się zmieniło. Ja zobaczyłam tylko bardziej niż zazwyczaj rozwichrzony włos i zarumienione policzki. Krótkie spotkanie z jakaś dziwną siłą, która ma nad tobą wyższość, co gorsza - spotkanie świadome, jakby umówione wcześnie, tylko dzień i godzina nieznane. Człowiek z żyjącej istoty stał się ciałem, którym rządzą prawa biologii. A może to właśnie biologia zawsze góruje nad życiem? Może to ją powinniśmy docenić?
Po takiej małej wojnie zastanawiasz się, z czym walczysz. Z losem, z bogiem, ze złem, czy jeszcze z czymś innym? Co gorsza- nawet najlepsza strategia nie zapewnia zwycięstwa.
Przyszłam do domu i mówię tak "Zgon mieliśmy". Mamencja pyta "Młody?"
Dlaczego od razu wiek? Śmierć jest niesprawiedliwa dla wszystkich. Więc dlaczego to ma znaczenie? Czy algorytm by się zmienił gdyby pacjent miał mniej czy więcej lat?* Nie. Czy umarłby inaczej, gdyby był młodszy? Nie. Czy miałby większe szanse? Nie wiem.
Ale ta wojenka nigdy nie będzie fair. I nawet jeśli następnym razem uda się wygrać bitwę, każda kolejna będzie wyglądała tak samo - ty, mały człowieczek wobec siły której nie znasz z imienia i której nie jesteś w stanie zobaczyć, a do tego tak potężnej że nie masz z nią szans.
I dlatego warto próbować, nawet jeśli "bijesz na oślep". A nuż się rozmyśli?