czwartek, 13 lutego 2014

o24. Notka osobista, czyli co ja robię na koniu (tudzież na ziemi)?

Nie śpię, bo piszę notkę.
Miało być o WalęTynkach, ale co ja będę się pocić nad serduszkami i czekoladkami. Hejterów już i tak jest dosyć dużo. To sobie napiszę o miłości, ale trochę innej.
No właśnie, jak to się stało, że na starość zachciało mi się usadowić tyłek w siodle? Tak się składa, że nie zachciało mi się na starość, tylko jakieś...10 lat temu? Chyba coś w ten deseń. Niestety moi rodziciele pomysł jeżdżenia przeze mnie koni (nie mylić z ujeżdżaniem koni) uważali za równie idiotyczny jak i kosztowny, dlatego właśnie teraz nie robię kariery. A tak na poważnie - po prostu nie styknęło ;). I oto w wieku lat 19stu stwierdziłam że jestem znerwicowana i coś mi się należy od życia i ja chcę w końcu na konia. Bawi mnie cholernie to, jakie miałam pojęcie o jeździectwie, ale to już szczegół. Po krótce - wyobrażałam sobie, że za czasu ileś będę galopować (cwałować? być może) przez bezkresne stepy na karym koniu z długą grzywą, z włosem rozwianym w koszuli w kratę i na dodatek bez trzymanki. Tsa. Kary koń odpadł na starcie, odkąd stwierdziłam, że lubię malowane kasztany. Rozwiany włos odpadł niedługo potem, kiedy zorientowałam się, że kask być musi, tak samo gumka do włosów. Koszula w kratę odpadła, kiedy zorientowałam się, że do bryczesów w stylu europejskim nie pasuje totalnie. Cwały a nawet wszelkie galopy poleciały w zapomnienie, kiedy po raz pierwszy zakłusowałam, tak samo jazda bez trzymanki (dostawałam palpitacji na myśl, że kiedyś będę musiała puścić tę bidną cykor - łapkę u siodła). Co tam jeszcze...a! długa grzywa też w sumie odpadła, kiedy zaczęłam sama czesać konie. A na bezkresne stepy jakoś jeszcze nie dotarłam. Moje pojęcie o ryzyku i kondycji fizycznej w jeździectwie było takie jak obecny stan mojego portfela - zerowe. Niby zdawałam sobie sprawę, że zcałowanie się z ziemią nie będzie fajne, ale o pojęciu pracy mięśni w siodle nie wiedziałam nic. Pominę ekstazę bliską orgazmu z jaką dotarłam do stajni. Pominę moją opadniętą szczękę, kiedy okazało się, że instruktorem jest moja była wuefistka, której wtedy nie nienawidziłam (co miało teoretycznie działać w obie strony - podkreślam czas przeszły). Poszłabym o stówę, że nie wsiądę za 1szym podejściem, jeśli w ogóle kiedykolwiek się wdrapię na tego konia, dlatego moja ekstaza sięgnęła zenitu, kiedy wsiadłam od razu i bez ceregieli (potem już szło mi gorzej ;)). Pominę moje przerażenie przy dopinaniu popręgu i regulacji puślisk, kiedy musiałam podnieść nogę. Rada jestem, że nikt mnie nie nagrywał na pierwszych jazdach, bo teraz twarz bym sobie przebiła robiąc faceplamy. No ale każdy się uczy (jeździłam jak kaczka bardzo długo i to mnie doprowadzało do białej gorączki). Po półgodzinnej lonży byłam padnięta, jakbym przebiegła Polskę wszerz. Rodziciele pewni byli swoich racji, które sprawdziły się w połowie - owszem, tyłeczek miałam obtłuczony niemożebnie i nie rozstawałam się z poduszką, ale nie zrezygnowałam po kilku lekcjach. Co tydzień było to samo - jechałam do stajni tak nakręcona, że nie byłam w stanie nic przełknąć, a wracałam i napierniczałam o koniach aż do następnej lekcji (coś chyba jednak niedużo się zmieniło...). Potem dwa upadki (na ten moment - błahe). Przy trzecim, najświeższym, zaczęłam się zastanawiać, co ja właściwie robię. Mogę skończyć na wózku, tudzież w ziemi. Jestem stara, mało sprawna, ciężko się uczę, kariery już nie zrobię, z kasą ciężko. Dowlekłam się (a raczej dociągnęłam - prawą nogę wlekłam za sobą, do tego kuśtykając na lewą, bo standardowo obtłukłam tyłek) do krzesła w siodlarni i siedziałam jak Stańczyk na tym obrazie Matejki. Myślę sobie - przestań się wydurniać, wracaj do domu i licz deltę.
Do tej pory nie policzyłam tej delty ;). Pierdyknęłam się porządnie w czoło i poszłam do koni.
Tylko nadal gdzieś tam tkwią we mnie te stepy, koszula, rozwiane włosy, galopy i reszta. Być może kiedyś. Chociaż galopy na karym koniu (ale bez długiej grzywy;)) z tego wszystkiego weszły do świata rzeczywistego.
Więc: Co ja robię na koniu? Bo nie jeżdżę przecie! Póki jestem na koniu, myślę o tym, żeby nie spaść, a kiedy już na koniu nie jestem to wrzeszczę, bo spadam. A w międzyczasie myślę o tych galopach na bezkresach ;).