Wyszłam z
pokoju, zamykając z sobą drzwi. Wolałam na to nie patrzeć. Przemiana człowieka
w wampira to najgorszy widok na świecie. Ja zapamiętałam z własnej na szczęście
niewiele. Trudno sobie nawet wyobrazić, co musi przejść człowiek, by stać się
bestią. Koszmar.
Podeszłam do
komody i wzięłam z niej skrzypce, zastanawiając się, co będzie odpowiednie na
ten moment. Miałam ochotę na coś smutnego, ale przecież nie zagram mu pieśni
żałobnej. W końcu zdecydowałam się na Vivaldiego. Na przekór temu, co było za
oknem zaczęłam grać ,,Winter”.
Skrzypce, to
było jedyne, co mi pozostało z mojego poprzedniego życia. Muzyka była moim
całym światem. Poza grą nic innego mi się wychodziło. Często proponowano mi
granie na przyjęciach, ale nigdy nie zdecydowałam się wystąpić przed większą
publicznością, niż moja rodzina i pies. Poczciwy Chester mógłby mnie słuchać
nawet, jeślibym grała na kompletnie rozstrojonych skrzypcach. Odkąd zaczęłam
czynić pierwsze nieudolne próby gry okropnie fałszując, on zawsze kładł się
nieopodal moich nóg, opierał pysk na podanej przeze mnie poduszce i słuchał.
Godzinami potrafił tak leżeć, nie ruszając się. Kiedy odkładałam skrzypce,
wracał do swoich zajęć. W końcu zdechł i choć było to całe lata temu, nadal mi
go brakuje. Od tamtej pory gram sama dla siebie.
Wychowałam
się w niewielkiej kamienicy na przedmieściu Londynu. Ojciec miał własną
fabrykę, matka była nauczycielką. Brat, starszy ode mnie o osiem lat opuścił
rodzinne gniazdo w wieku zaledwie szesnastu lat. Jakiś czas pracował jako
pomocnik w pralni, potem słuch o nim zaginął. Matka zawsze powtarzała mi, że ma
nadzieję, że nie mam tych samych genów, co on. Kiedy w wieku ośmiu lat stałam
się jedynaczką miałam wszystko, czego dusza zapragnie. Nie byliśmy może jedną z
najzamożniejszych rodzin w okolicy, ale pieniądze były jedyna rzeczą, której
nam nie brakowało. Nie mieliśmy za to czasu dla siebie - przez jakiś czas matka
po udzielaniu lekcji miała wolne popołudnia, które spędzaliśmy razem, jednak
kiedy miałam niespełna dziewięć lat, zajęła się pisaniem poradników, za które
wydawcy płacili podobno niemałe pieniądze, ojciec z kolei spędzał większość
dnia w fabryce, a w domu zajmował się biurokracją. Ja miałam lekcje w szkole,
potem lekcje gry w domu, a jeśli zostało mi trochę wolnego czasu, poświęcałam
go na ćwiczeniach, albo przesiadywaniu w kuchni, gdzie urzędowała Nancy, nasza
kucharka. Matka zawsze podkreślała, że przyjęła ją tylko z litości – była
półsierotą, a jej matka kręciła się po okolicznych barach o złej sławie, a z
każdego z nich albo ledwo wychodziła, albo ją wynoszono. Wiele razy słyszałam,
że kiedyś zapije się na śmierć i w końcu pewnego dnia tak się stało, a Nancy
zamieszkała u nas. Lubiłam ją, bo była prostą kobietą, nieco młodszą od mojej mamy.
W jej towarzystwie mogłam mówić, co mi się podobało i robić rzeczy, które przy
rodzicach były surowo zakazane. Najbardziej lubiłam, kiedy Nancy uczyła mnie
stania na rękach. Po jakimś czasie umiałam to robić już bez jej pomocy. To był
nasz codzienny rytuał – wchodziłam do kuchni, stawałam przy ścianie na rękach i
rozmawiałyśmy. Ale i tą przyjemność mi w końcu odebrano. Pewnego dnia mama
nieoczekiwanie weszła do kuchni, nie pamiętam już nawet, po co. Zwykle jednak
unikała tego miejsca, pewnie dlatego że nienawidziła gotować. Kiedy zobaczyła
mnie stojącą na innych kończynach niż nogi, zrobiła straszną awanturę.
Ostatecznym wynikiem mojego „wybryku” było zmniejszenie mojego czasu wolnego –
zamiast dwóch godzin lekcji skrzypiec miałam trzy, a potem nie wolno mi było
wychodzić z pokoju aż do kolacji. Latem nauczyłam się wymykać oknem, ale tym
razem to ojciec mnie nakrył. Awantura była jeszcze większa, skończyło się na
czterech godzinach uciążliwych lekcji gry. W dzieciństwie miałam też skłonności
do upadków. Siniaki i zadrapania miałam praktycznie na całym ciele. Na dodatek
nie byłam szczególnie urodziwym dzieckiem – miałam rude włosy i pyzatą buzię. O
ile dobrze pamiętam na przyjęcia zabierano mnie do szóstego roku życia, kiedy
to poszliśmy do żony jakiegoś generała i rzuciłam w jego córkę łyżką, bo
wyzywała mnie od wiewiórki. Niczego mnie nie uczono – ani gotowania, ani
prasowania, nie potrafiłam nawet umyć naczyń. Kiedy skończyłam czternaście lat,
zakochałam się bez pamięci w synu zastępcy mojego taty. Jego ojciec był już u
kresu życia i wszystko wyglądało na to, że niedługo to on przejmie jego urząd.
Oliver był ode mnie starszy o cztery lata. Moi rodzice go lubili, był częstym
gościem w naszym domu. Z czasem ojciec zaczął traktować go jak syna, co dla
mnie było bardzo na rękę. Po śmierci swojego ojca wprowadził się do nas,
zajmując pusty dotąd pokój mojego brata, sąsiadujący z moim.Wtedy przeniosłam
się ze skrzypcami do piwnicy. Krepowało mnie, kiedy wiedziałam, że on mnie
słyszy. Z początku kryliśmy się ze swoimi uczuciami, jednak nie trwało to
długo. Zaczęliśmy razem wychodzić –
zabierał mnie do drogich restauracji, na spacery po parku. Podczas jednego z
takich spacerów oświadczył mi się. Kochałam go i chciałam z nim dzielić życie.
Zgodziłam się. Jedna z moich ciotek powiedziała ironicznie, że przyjęcie
oświadczyn to była jedyna rzecz, którą w życiu zrobiłam dobrze. Ślub
zaplanowaliśmy na marzec. Jednak nasza idylla nie trwała długo. W lutym fabryka
ojca splajtowała. Oskarżył Olivera o oszustwo majątkowe – podobno popełnił
jakiś błąd w zawieraniu transakcji. Mój świat legł w gruzach. Nie obchodziła
mnie fabryka ojca, chciałam być z człowiekiem, którego kochałam. Ojca to jednak
nie obchodziło, kazał wynosić się Oliverowi z naszego domu, a mnie zerwać z nim
zaręczyny. W rzeczywistości jednak nie oddałam ukochanemu pierścionka – w
każdym razie nie zaręczynowego. Zamiast tego wręczyłam mu prezent od ojca na
piętnaste urodziny – duży pierścień z szafirem. Lubiłam go, był piękny, ale nie
mogłam go nosić na palcu po tym, jak zniszczył nasze szczęście. Po krótkim
czasie oświadczyłam, że się wyprowadzam. Matka wyrzucając moje walizki
wykrzyczała mi, że jestem taka sama jak mój brat.
Nie miałam dokąd
pójść. Mój niedoszły mąż wyjechał z miasta, nie byłam w stanie go odszukać.
Znalazłam sobie mieszkanie w zaniedbanej suterenie, gdzie w nocy budziły mnie
postukiwania chodzących po ścianach karaluchów i piszczenie myszy, a czasami
nawet szczurów. Pracowałam jako sprzątaczka u wdowy Cantberry, słynnej w całej
okolicy. Płaciła mi marne grosze, powtarzając, że do niczego się nie nadaję i
nigdzie nie dostanę więcej. Kiedy po świętach Bożego Narodzenia zbiłam wazę
sprzątając ze stołu, znalazłam się bez
pracy, a potem także i na bruku. Stoczyłam się na samo dno. I w końcu stało się
to, co się stało.
Skończyłam grać
i ostrożnie uchyliłam drzwi sąsiedniego pokoju. Zasnął. Dobrze. Kiedy się
obudzi będzie już kimś zupełnie innym. Zastanawiałam się, czy podołam z
wytłumaczeniem mu wszystkiego. Sam nie rozumiałam do końca sensu swojego
istnienia, on też na pewno będzie się zmagał ze swoją niewiedzą, ale nikt mu
nie odpowie na pytania, które będzie zadawał. W końcu przestanie pytać o
cokolwiek, tak jak ja i po prostu pogrąży się w świecie nocnych polowań i snu
za dnia. A raczej tego, co potocznie nazywamy snem.