czwartek, 15 marca 2012

Claudette cz. 2


      Wyszłam z pokoju, zamykając z sobą drzwi. Wolałam na to nie patrzeć. Przemiana człowieka w wampira to najgorszy widok na świecie. Ja zapamiętałam z własnej na szczęście niewiele. Trudno sobie nawet wyobrazić, co musi przejść człowiek, by stać się bestią. Koszmar.
       Podeszłam do komody i wzięłam z niej skrzypce, zastanawiając się, co będzie odpowiednie na ten moment. Miałam ochotę na coś smutnego, ale przecież nie zagram mu pieśni żałobnej. W końcu zdecydowałam się na Vivaldiego. Na przekór temu, co było za oknem zaczęłam grać ,,Winter”.
        Skrzypce, to było jedyne, co mi pozostało z mojego poprzedniego życia. Muzyka była moim całym światem. Poza grą nic innego mi się wychodziło. Często proponowano mi granie na przyjęciach, ale nigdy nie zdecydowałam się wystąpić przed większą publicznością, niż moja rodzina i pies. Poczciwy Chester mógłby mnie słuchać nawet, jeślibym grała na kompletnie rozstrojonych skrzypcach. Odkąd zaczęłam czynić pierwsze nieudolne próby gry okropnie fałszując, on zawsze kładł się nieopodal moich nóg, opierał pysk na podanej przeze mnie poduszce i słuchał. Godzinami potrafił tak leżeć, nie ruszając się. Kiedy odkładałam skrzypce, wracał do swoich zajęć. W końcu zdechł i choć było to całe lata temu, nadal mi go brakuje. Od tamtej pory gram sama dla siebie.
         Wychowałam się w niewielkiej kamienicy na przedmieściu Londynu. Ojciec miał własną fabrykę, matka była nauczycielką. Brat, starszy ode mnie o osiem lat opuścił rodzinne gniazdo w wieku zaledwie szesnastu lat. Jakiś czas pracował jako pomocnik w pralni, potem słuch o nim zaginął. Matka zawsze powtarzała mi, że ma nadzieję, że nie mam tych samych genów, co on. Kiedy w wieku ośmiu lat stałam się jedynaczką miałam wszystko, czego dusza zapragnie. Nie byliśmy może jedną z najzamożniejszych rodzin w okolicy, ale pieniądze były jedyna rzeczą, której nam nie brakowało. Nie mieliśmy za to czasu dla siebie - przez jakiś czas matka po udzielaniu lekcji miała wolne popołudnia, które spędzaliśmy razem, jednak kiedy miałam niespełna dziewięć lat, zajęła się pisaniem poradników, za które wydawcy płacili podobno niemałe pieniądze, ojciec z kolei spędzał większość dnia w fabryce, a w domu zajmował się biurokracją. Ja miałam lekcje w szkole, potem lekcje gry w domu, a jeśli zostało mi trochę wolnego czasu, poświęcałam go na ćwiczeniach, albo przesiadywaniu w kuchni, gdzie urzędowała Nancy, nasza kucharka. Matka zawsze podkreślała, że przyjęła ją tylko z litości – była półsierotą, a jej matka kręciła się po okolicznych barach o złej sławie, a z każdego z nich albo ledwo wychodziła, albo ją wynoszono. Wiele razy słyszałam, że kiedyś zapije się na śmierć i w końcu pewnego dnia tak się stało, a Nancy zamieszkała u nas. Lubiłam ją, bo była prostą kobietą, nieco młodszą od mojej mamy. W jej towarzystwie mogłam mówić, co mi się podobało i robić rzeczy, które przy rodzicach były surowo zakazane. Najbardziej lubiłam, kiedy Nancy uczyła mnie stania na rękach. Po jakimś czasie umiałam to robić już bez jej pomocy. To był nasz codzienny rytuał – wchodziłam do kuchni, stawałam przy ścianie na rękach i rozmawiałyśmy. Ale i tą przyjemność mi w końcu odebrano. Pewnego dnia mama nieoczekiwanie weszła do kuchni, nie pamiętam już nawet, po co. Zwykle jednak unikała tego miejsca, pewnie dlatego że nienawidziła gotować. Kiedy zobaczyła mnie stojącą na innych kończynach niż nogi, zrobiła straszną awanturę. Ostatecznym wynikiem mojego „wybryku” było zmniejszenie mojego czasu wolnego – zamiast dwóch godzin lekcji skrzypiec miałam trzy, a potem nie wolno mi było wychodzić z pokoju aż do kolacji. Latem nauczyłam się wymykać oknem, ale tym razem to ojciec mnie nakrył. Awantura była jeszcze większa, skończyło się na czterech godzinach uciążliwych lekcji gry. W dzieciństwie miałam też skłonności do upadków. Siniaki i zadrapania miałam praktycznie na całym ciele. Na dodatek nie byłam szczególnie urodziwym dzieckiem – miałam rude włosy i pyzatą buzię. O ile dobrze pamiętam na przyjęcia zabierano mnie do szóstego roku życia, kiedy to poszliśmy do żony jakiegoś generała i rzuciłam w jego córkę łyżką, bo wyzywała mnie od wiewiórki. Niczego mnie nie uczono – ani gotowania, ani prasowania, nie potrafiłam nawet umyć naczyń. Kiedy skończyłam czternaście lat, zakochałam się bez pamięci w synu zastępcy mojego taty. Jego ojciec był już u kresu życia i wszystko wyglądało na to, że niedługo to on przejmie jego urząd. Oliver był ode mnie starszy o cztery lata. Moi rodzice go lubili, był częstym gościem w naszym domu. Z czasem ojciec zaczął traktować go jak syna, co dla mnie było bardzo na rękę. Po śmierci swojego ojca wprowadził się do nas, zajmując pusty dotąd pokój mojego brata, sąsiadujący z moim.Wtedy przeniosłam się ze skrzypcami do piwnicy. Krepowało mnie, kiedy wiedziałam, że on mnie słyszy. Z początku kryliśmy się ze swoimi uczuciami, jednak nie trwało to długo.  Zaczęliśmy razem wychodzić – zabierał mnie do drogich restauracji, na spacery po parku. Podczas jednego z takich spacerów oświadczył mi się. Kochałam go i chciałam z nim dzielić życie. Zgodziłam się. Jedna z moich ciotek powiedziała ironicznie, że przyjęcie oświadczyn to była jedyna rzecz, którą w życiu zrobiłam dobrze. Ślub zaplanowaliśmy na marzec. Jednak nasza idylla nie trwała długo. W lutym fabryka ojca splajtowała. Oskarżył Olivera o oszustwo majątkowe – podobno popełnił jakiś błąd w zawieraniu transakcji. Mój świat legł w gruzach. Nie obchodziła mnie fabryka ojca, chciałam być z człowiekiem, którego kochałam. Ojca to jednak nie obchodziło, kazał wynosić się Oliverowi z naszego domu, a mnie zerwać z nim zaręczyny. W rzeczywistości jednak nie oddałam ukochanemu pierścionka – w każdym razie nie zaręczynowego. Zamiast tego wręczyłam mu prezent od ojca na piętnaste urodziny – duży pierścień z szafirem. Lubiłam go, był piękny, ale nie mogłam go nosić na palcu po tym, jak zniszczył nasze szczęście. Po krótkim czasie oświadczyłam, że się wyprowadzam. Matka wyrzucając moje walizki wykrzyczała mi, że jestem taka sama jak mój brat.
      Nie miałam dokąd pójść. Mój niedoszły mąż wyjechał z miasta, nie byłam w stanie go odszukać. Znalazłam sobie mieszkanie w zaniedbanej suterenie, gdzie w nocy budziły mnie postukiwania chodzących po ścianach karaluchów i piszczenie myszy, a czasami nawet szczurów. Pracowałam jako sprzątaczka u wdowy Cantberry, słynnej w całej okolicy. Płaciła mi marne grosze, powtarzając, że do niczego się nie nadaję i nigdzie nie dostanę więcej. Kiedy po świętach Bożego Narodzenia zbiłam wazę sprzątając ze stołu,  znalazłam się bez pracy, a potem także i na bruku. Stoczyłam się na samo dno. I w końcu stało się to, co się stało.
      Skończyłam grać i ostrożnie uchyliłam drzwi sąsiedniego pokoju. Zasnął. Dobrze. Kiedy się obudzi będzie już kimś zupełnie innym. Zastanawiałam się, czy podołam z wytłumaczeniem mu wszystkiego. Sam nie rozumiałam do końca sensu swojego istnienia, on też na pewno będzie się zmagał ze swoją niewiedzą, ale nikt mu nie odpowie na pytania, które będzie zadawał. W końcu przestanie pytać o cokolwiek, tak jak ja i po prostu pogrąży się w świecie nocnych polowań i snu za dnia. A raczej tego, co potocznie nazywamy snem.